Jest dowcipnie, jasno, pouczająco. I o to chodzi. Doktorzy Kitz i Tusch wciągają nas w rejony tylko pozornie odległe, a jednak doskonale nam znane. I choć tytuł może wprowadzać w błąd, to podtytuł mówi wszystko: Przydatna wiedza z psychologii życia codziennego. Rzeczywiście, ta wiedza może się przydać.
Podoba mi się w tej książce prosty, obrazowy przekaz i celowe odejście od skomplikowanych, naukowych teorii. Ma być przystępnie, zrozumiale, z humorem. Ta myśl przyświeca autorom od pierwszej do ostatniej strony książki. I dzięki temu cel zostaje osiągnięty; czytelnik nie zniechęca się po pierwszych zdaniach, które są dla niego abstrakcją, ale z satysfakcją odkrywa, że to, o czym piszą Kitz i Tusch także jego dotyczy.
To wielki atut tej książki, która nie ma ambicji bycia naukowym dziełem, natomiast ma trafić do ludzi. I trafia. Również dzięki dowcipowi, autoironii, dystansowi, które są swoistym znakiem firmowym tej lektury. To celowy zabieg, który jest wskazówką, by dystansować się do życia w wielu jego wymiarach, a dowcip wykorzystywać jako naturalną broń w walce z przeciwnościami losu. Ale jest też całkiem serio. O tym, jak radzić sobie w codziennych sytuacjach; osobistych i zawodowych, wykorzystując cały nasz potencjał. O tym, jak właściwie interpretować zachowania innych i robić z tego dobry użytek. A w końcu o tym, jak być lepszym, mądrzejszym, bardziej atrakcyjnym. I odnajdować się w świecie, który ciągle zastawia na nas jakieś pułapki.
Wydawać się może, że to książka o psychologicznych "sztuczkach", ale w gruncie rzeczy, to lektura o inteligencji emocjonalnej i społecznej - choć autorzy nie nazywają tego wprost. Jest dowcipnie, pożytecznie, mądrze, przystępnie.
Volker Kitz, Manuel Tusch "Co pije krowa", PWN, 2013 r.
niedziela, 25 sierpnia 2013
sobota, 24 sierpnia 2013
Adrian Pracoń "Masakra na wyspie Utoya"
Adrian Pracoń, Norweg polskiego pochodzenia, był jednym z tym, którzy ocaleli z masakry na wyspie Utoya. W drugą rocznicę tej tragedii ukazała się książka, w której powraca on do wydarzeń z lipca 2011 roku. Robi to w reporterskim, pozornie chłodnym stylu. Ale emocje czuć w tej historii na każdym kroku.
22 lipca 2011 r. Adrian Pracoń jest jednym z uczestników letniego obozu młodzieżówki Partii Pracy na wyspie Utoya. Wszyscy doskonale się bawią, oczekując na kolejne atrakcje. Tę sielankę przerywa wybuch w Oslo, ale to dopiero wstęp do prawdziwego dramatu. Ten zaczyna się w momencie, gdy do wyspy dopływa Anders Breivik i z zimną krwią, bez śladu emocji zaczyna strzelać do ludzi.
Ci, których spotyka na swojej drodze, nie mają szans. Wśród tych osób jest Adrian Pracoń, który staje z mordercą "twarzą w twarz".
Jakkolwiek byśmy na tę książkę nie spojrzeli, ważne, że powstała. I nie ma dla mnie znaczenia, że autor jest fanatykiem Facebooka i "na żywo" relacjonuje wydarzenia z miejsca tragedii - choć oczywiście może to budzić zrozumiały niesmak. Ważne jednak, że rozmiar tej tragedii i jej ludzki, autentyczny wymiar poznajemy z przekazu osoby, która z mordercą stała twarzą w twarz. I zupełnie przypadkiem nie znalazła się w gronie swoich zamordowanych przyjaciół. Nie ma bardziej wiarygodnego i poruszającego świadectwa zbrodni.
Adrian Pracoń "Masakra na wyspie Utoya", Pascal, 2013 r.
22 lipca 2011 r. Adrian Pracoń jest jednym z uczestników letniego obozu młodzieżówki Partii Pracy na wyspie Utoya. Wszyscy doskonale się bawią, oczekując na kolejne atrakcje. Tę sielankę przerywa wybuch w Oslo, ale to dopiero wstęp do prawdziwego dramatu. Ten zaczyna się w momencie, gdy do wyspy dopływa Anders Breivik i z zimną krwią, bez śladu emocji zaczyna strzelać do ludzi.
Ci, których spotyka na swojej drodze, nie mają szans. Wśród tych osób jest Adrian Pracoń, który staje z mordercą "twarzą w twarz".
"(...)Jego buty. Znajdowały się tuż przy mojej twarzy. Kopał martwe ciała leżące wokół mnie. Jakby chciał sprawdzić, czy ktoś jeszcze żyje. (...) Wstrzymałem oddech. Ustało drżenie, które przez ostatnią godzinę przelewało się przez moje ciało. Wtem poczułem słabe ciepło tuż przy uchu. Ciepło lufy karabinu."Pracoń zostaje ranny w ramię. Ale morderca nie strzela do niego powtórnie, tak jak do innych ofiar.
"Leżałem nieruchomo, czekając na następny strzał. Jednak on nie nadszedł. Gdy otworzyłem oczy, ujrzałem, jak odchodzi po kamieniach wzdłuż brzegu, w stronę głównego budynku."Na wyspie Utoya ginie 6osób9 . Pracoń jest wśród tych kilkunastu, którzy ocaleli, choć byli o krok od śmierci. Dlaczego? To pytanie pada w tej książce często. Dlaczego mnie oszczędził? Dlaczego w ogóle strzelał? Dlaczego on? Tutaj? Teraz? Na te pytania nie znajdziemy w tej książce odpowiedzi. Bo i nie o to w niej chodzi. Rzecz jest raczej w próbie racjonalnego podejścia do tragedii, której obiektywnie rzecz biorąc, zracjonalizować się nie da. Być może to próba poradzenia sobie z traumą.
Jakkolwiek byśmy na tę książkę nie spojrzeli, ważne, że powstała. I nie ma dla mnie znaczenia, że autor jest fanatykiem Facebooka i "na żywo" relacjonuje wydarzenia z miejsca tragedii - choć oczywiście może to budzić zrozumiały niesmak. Ważne jednak, że rozmiar tej tragedii i jej ludzki, autentyczny wymiar poznajemy z przekazu osoby, która z mordercą stała twarzą w twarz. I zupełnie przypadkiem nie znalazła się w gronie swoich zamordowanych przyjaciół. Nie ma bardziej wiarygodnego i poruszającego świadectwa zbrodni.
Adrian Pracoń "Masakra na wyspie Utoya", Pascal, 2013 r.
Izabela Czajka Stachowicz "Moja wielka miłość"
Tytuł tej książki jest tak samo przewrotny, jak przewrotna była jej autorka. I nie można brać go poważnie, tak samo jak Czajka poważnie nie brała życia. Co zresztą - na marginesie mówiąc - nie raz jej to życie ratowało (tu odsyłam do całkiem poważnego "Ocalił mnie kowal"). W "mojej wielkiej miłości" czuć fantazję i artystyczną duszę pięknej Belli, która uwielbiała iść pod prąd i łamać konwenanse. Odwagi, tej życiowej, ale też tej literackiej, można jej dziś zazdrościć.
To kolejna powieść Izabeli Czajki-Stachowicz, w której wspomina ona swoje życie. Brawurowe "Nigdy nie wyjdę za mąż", błyskotliwe "Małżeństwo po raz pierwszy", nostalgiczne "Dubo... Dubon... Dubonnet" to książki, które zabierają nas do barwnych czasów międzywojnia. Równocześnie pokazują historię pięknej, utalentowanej dziewczyny z nieprzeciętną fantazją i temperamentem.
W "Mojej wielkiej miłości" autorka znów zabiera nas do czasów swojej szalonej młodości przypadającej na lata międzywojenne. Ci, którzy czytali wcześniejsze wspomnienia Czajki pamiętają jej małżeństwa - najpierw z Aleksandrem Hertzem, następnie z Jerzym Gelbardem. Będąc żoną tego drugiego Bella znów się zakochuje - i jest to uczucie, które spada na nią gwałtownie i wywraca jej życie do góry nogami. Choć może słowo "zakochuje" jest tu niekoniecznie na miejscu - bardziej adekwatne wydaje się "oczarowuje", czy "zachłystuje". Jakkolwiek, by to uczucie nazywać, jej wybrankiem jest Franciszek "Franz" Fiszer; stary, gruby ekscentryk, a przy tym wyjątkowo inteligentny, dowcipny, czarujący mężczyzna. To wielki przyjaciel artystów, bywalec warszawskich salonów; filozof o nieokiełznanej fantazji i wyjątkowym poczuciu wolności.
Owa fantazja i życiowa brawura to coś, co Bella uwielbia ponad wszystko. Dlatego dla Fiszera kompletnie traci głowę. Przyjmuje go do domu swojego i Gelbarda, oddaje mu najlepszy pokój, gotuje najwymyślniejsze potrawy (Fiszer uwielbia jeść!). To on towarzyszy jej w wyprawach do słynnej Ziemiańskiej, to on staje się jej powiernikiem, autorytetem, najlepszym przyjacielem. Wygląda na to, że ten ekscentryczny związek młodej, pięknej dziewczyny i starego - choć genialnego - dziwaka nie ma szans. A jednak to Fiszer staje się w życiu Belli najważniejszą osobą.
No i to jest właśnie cała Czajka! Łamiąca konwenanse, nie przejmująca się tzw. opinią publiczną, żyjąca tak, jak jej się podoba. W tej książce, jak w żadnej innej, pokazała swoją nieposkromioną naturę i wielki apetyt na życie. Błyskotliwie, mrużąc oko do czytelnika, czasem wpadając w sentymentalny ton. Bez kompleksów i hipokryzji.
Nisko kłaniam się wydawnictwu za książki Czajki, które po wielu latach doczekały się wznowień. Zasługuje na to sama nieprzeciętna postać autorki, ale też wyjątkowy obraz czasów międzywojnia, który stworzyła z pasją i fantazją godną pozazdroszczenia.
Izabela Czajka Stachowicz "Moja wielka miłość", W.A.B., 2013 r.
To kolejna powieść Izabeli Czajki-Stachowicz, w której wspomina ona swoje życie. Brawurowe "Nigdy nie wyjdę za mąż", błyskotliwe "Małżeństwo po raz pierwszy", nostalgiczne "Dubo... Dubon... Dubonnet" to książki, które zabierają nas do barwnych czasów międzywojnia. Równocześnie pokazują historię pięknej, utalentowanej dziewczyny z nieprzeciętną fantazją i temperamentem.
W "Mojej wielkiej miłości" autorka znów zabiera nas do czasów swojej szalonej młodości przypadającej na lata międzywojenne. Ci, którzy czytali wcześniejsze wspomnienia Czajki pamiętają jej małżeństwa - najpierw z Aleksandrem Hertzem, następnie z Jerzym Gelbardem. Będąc żoną tego drugiego Bella znów się zakochuje - i jest to uczucie, które spada na nią gwałtownie i wywraca jej życie do góry nogami. Choć może słowo "zakochuje" jest tu niekoniecznie na miejscu - bardziej adekwatne wydaje się "oczarowuje", czy "zachłystuje". Jakkolwiek, by to uczucie nazywać, jej wybrankiem jest Franciszek "Franz" Fiszer; stary, gruby ekscentryk, a przy tym wyjątkowo inteligentny, dowcipny, czarujący mężczyzna. To wielki przyjaciel artystów, bywalec warszawskich salonów; filozof o nieokiełznanej fantazji i wyjątkowym poczuciu wolności.
Owa fantazja i życiowa brawura to coś, co Bella uwielbia ponad wszystko. Dlatego dla Fiszera kompletnie traci głowę. Przyjmuje go do domu swojego i Gelbarda, oddaje mu najlepszy pokój, gotuje najwymyślniejsze potrawy (Fiszer uwielbia jeść!). To on towarzyszy jej w wyprawach do słynnej Ziemiańskiej, to on staje się jej powiernikiem, autorytetem, najlepszym przyjacielem. Wygląda na to, że ten ekscentryczny związek młodej, pięknej dziewczyny i starego - choć genialnego - dziwaka nie ma szans. A jednak to Fiszer staje się w życiu Belli najważniejszą osobą.
No i to jest właśnie cała Czajka! Łamiąca konwenanse, nie przejmująca się tzw. opinią publiczną, żyjąca tak, jak jej się podoba. W tej książce, jak w żadnej innej, pokazała swoją nieposkromioną naturę i wielki apetyt na życie. Błyskotliwie, mrużąc oko do czytelnika, czasem wpadając w sentymentalny ton. Bez kompleksów i hipokryzji.
Nisko kłaniam się wydawnictwu za książki Czajki, które po wielu latach doczekały się wznowień. Zasługuje na to sama nieprzeciętna postać autorki, ale też wyjątkowy obraz czasów międzywojnia, który stworzyła z pasją i fantazją godną pozazdroszczenia.
Izabela Czajka Stachowicz "Moja wielka miłość", W.A.B., 2013 r.
wtorek, 20 sierpnia 2013
Yrsa Sigurdardottir "Statek śmierci"
Na początku jest autentyczny strach, a potem... coraz większa ciekawość. Autorka perfekcyjnie buduje napięcie łącząc elementy thrillera z klasycznym kryminałem. Czytałam "Statek śmierci" w samolocie, w samochodzie, na plaży i w tzw. międzyczasie. I jeśli miałabym stworzyć ranking lektur, które ubarwiły mi tegoroczne wakacje, to ta książka by go otwierała.
Rzecz dzieje się na jachcie pod tyleż tajemniczą, co romantyczną nazwą "Lady K." Nazwa, jak to zwykle bywa, pochodzi od imienia kobiety, która dostała go w prezencie od bogatego ukochanego. Ale to już historia. Po wielkiej miłości zostały tylko wspomnienia, a jacht - z powodu potężnych długów właścicieli - stał się własnością banku. I teraz trzeba go dostarczyć z Lizbony do Reykjawiku. Zadania, przypadkowo zresztą, podejmuje się Egir, przykładny mąż i ojciec, skrupulatny urzędnik, który kocha żeglować i ma wystarczające uprawnienia, by popłynąć w taki rejs. Zabiera ze sobą żonę i córeczki-bliźniaczki (z dziadkami zostaje jedynie najmłodsza dziewczynka). Rodzina liczy na znakomitą przygodę.
"Lady K.", owszem, dociera do Reykjawiku, ale... kompletnie pusta. Jacht obija się o brzeg, a na jego pokładzie wszystko wygląda tak, jak podczas rejsu. Poza tym, że brakuje czteroosobowej rodziny i trzyosobowej załogi. Co wydarzyło się na "Lady K."? Czy ktoś przeżył? Policja jest bezradna, a wątpliwości się mnożą. Ma je także firma ubezpieczeniowa, w której niedługo przed rejsem ubezpieczył się Egir. Podejrzewa, że mężczyzna mógł upozorować tragedię, by wyłudzić pieniądze. To właśnie wyjaśnia kancelaria prawna Thory, którą proszą o pomoc dziadkowie.
Tę historię poznajemy więc od strony prowadzonego śledztwa - i to jest ów element kryminalny. Ale równocześnie autorka zabiera nas na pokład "Lady K.", gdzie śledzimy wydarzenia od pierwszego do ostatniego dnia rejsu. I tu sporo elementów, które trudno racjonalnie wytłumaczyć, a emocje są tak silne, że chwilami marzymy, żeby to wszystko w końcu się skończyło... Jakkolwiek by się skończyć miało.
Tymczasem na pokładzie jachtu dochodzi do coraz bardziej makabrycznych odkryć i tajemniczych zdarzeń; luksusowe wnętrza kryją mroczne tajemnice, giną kolejni członkowie załogi. Nie wiadomo, komu można ufać i czy wśród uczestników rejsu jest morderca. A może na pokładzie jest jeszcze ktoś? Takie podejrzenia ma rodzina Egira, która marzy już tylko o tym, żeby jak najszybciej dopłynąć na ląd. Ale wygląda na to, że ta podróż jeszcze potrwa...
Zestawienie dwóch narracji, dwóch czasów i dwóch punktów widzenia znakomicie buduje napięcie, tworzy nastrój zagrożenia i mnoży pytania. Czy nad jachtem wisi klątwa? Czy ktoś ma po prostu interes w tym, by "Lady K." nigdy nie dopłynęła do brzegu? A może rozwiązania zagadki należy szukać w przeszłości jej właścicieli?
Tyle pytań, ilu czytelników. I na żadne nie dostajemy prostej odpowiedzi, a autorka do ostatniej strony trzyma nas w niepewności i z... nadzieją, że to wszystko jeszcze może się dobrze skończyć. Nie zdradzę jednak, jak się ten rejs skończy, bo zabrałabym Wam całą przyjemność czytania tej świetnej książki.
Yrsa Sigurdardottir "Statek śmierci", Muza, 2013 r.
Rzecz dzieje się na jachcie pod tyleż tajemniczą, co romantyczną nazwą "Lady K." Nazwa, jak to zwykle bywa, pochodzi od imienia kobiety, która dostała go w prezencie od bogatego ukochanego. Ale to już historia. Po wielkiej miłości zostały tylko wspomnienia, a jacht - z powodu potężnych długów właścicieli - stał się własnością banku. I teraz trzeba go dostarczyć z Lizbony do Reykjawiku. Zadania, przypadkowo zresztą, podejmuje się Egir, przykładny mąż i ojciec, skrupulatny urzędnik, który kocha żeglować i ma wystarczające uprawnienia, by popłynąć w taki rejs. Zabiera ze sobą żonę i córeczki-bliźniaczki (z dziadkami zostaje jedynie najmłodsza dziewczynka). Rodzina liczy na znakomitą przygodę.
"Lady K.", owszem, dociera do Reykjawiku, ale... kompletnie pusta. Jacht obija się o brzeg, a na jego pokładzie wszystko wygląda tak, jak podczas rejsu. Poza tym, że brakuje czteroosobowej rodziny i trzyosobowej załogi. Co wydarzyło się na "Lady K."? Czy ktoś przeżył? Policja jest bezradna, a wątpliwości się mnożą. Ma je także firma ubezpieczeniowa, w której niedługo przed rejsem ubezpieczył się Egir. Podejrzewa, że mężczyzna mógł upozorować tragedię, by wyłudzić pieniądze. To właśnie wyjaśnia kancelaria prawna Thory, którą proszą o pomoc dziadkowie.
Tę historię poznajemy więc od strony prowadzonego śledztwa - i to jest ów element kryminalny. Ale równocześnie autorka zabiera nas na pokład "Lady K.", gdzie śledzimy wydarzenia od pierwszego do ostatniego dnia rejsu. I tu sporo elementów, które trudno racjonalnie wytłumaczyć, a emocje są tak silne, że chwilami marzymy, żeby to wszystko w końcu się skończyło... Jakkolwiek by się skończyć miało.
Tymczasem na pokładzie jachtu dochodzi do coraz bardziej makabrycznych odkryć i tajemniczych zdarzeń; luksusowe wnętrza kryją mroczne tajemnice, giną kolejni członkowie załogi. Nie wiadomo, komu można ufać i czy wśród uczestników rejsu jest morderca. A może na pokładzie jest jeszcze ktoś? Takie podejrzenia ma rodzina Egira, która marzy już tylko o tym, żeby jak najszybciej dopłynąć na ląd. Ale wygląda na to, że ta podróż jeszcze potrwa...
Zestawienie dwóch narracji, dwóch czasów i dwóch punktów widzenia znakomicie buduje napięcie, tworzy nastrój zagrożenia i mnoży pytania. Czy nad jachtem wisi klątwa? Czy ktoś ma po prostu interes w tym, by "Lady K." nigdy nie dopłynęła do brzegu? A może rozwiązania zagadki należy szukać w przeszłości jej właścicieli?
Tyle pytań, ilu czytelników. I na żadne nie dostajemy prostej odpowiedzi, a autorka do ostatniej strony trzyma nas w niepewności i z... nadzieją, że to wszystko jeszcze może się dobrze skończyć. Nie zdradzę jednak, jak się ten rejs skończy, bo zabrałabym Wam całą przyjemność czytania tej świetnej książki.
Yrsa Sigurdardottir "Statek śmierci", Muza, 2013 r.
niedziela, 11 sierpnia 2013
Marta Zaborowska "Uśpienie"
Dokładnie rok temu zachwycałam się debiutem PM Nowaka "Ani żadnej rzeczy..." (czekam na drugą książkę autora!). W tym roku debiutowała w Czarnej Serii Marta Zaborowska. I z satysfakcją mogę powiedzieć, że świetna, skądinąd, seria rośnie w siłę w końcu także dzięki polskim nazwiskom. "Uśpienie" Zaborowskiej to powieść dynamiczna, z pomysłem i rozmachem. Powiedziałabym nawet - skandynawskim rozmachem, chociaż umocowana w polskiej rzeczywistości.
Julia Krawiec to policjantka z charakterem, "przeszłością" i problemami. Samotnie wychowuje córkę, nie może dojść do porozumienia z byłym mężem, ma za sobą odwyk alkoholowy, wciąż zresztą pije za dużo. Ambitna i bezkompromisowa w pracy, ma na koncie spektakularne sukcesy, jak też wpadki, przez które musi od początku udowodniać, że się do tej roboty świetnie nadaje. Policjantkę poznajemy w trudnym dla niej momencie życiowym, gdy stara się sprostać obowiązkom matki, a równocześnie dostaje do prowadzenia sprawę kryminalną, która może być jej szansą na odbudowanie zawodowej kariery. Krawiec musi znaleźć zabójcę pięknej pani doktor, która została brutalnie okaleczona, a następnie zastrzelona w szpitalu psychiatrycznym. Podejrzenie pada na jej pacjenta Jana Lasotę, niebezpiecznego psychopatę i mordercę, który w tym samym czasie ucieka ze szpitala.
W sprawę bardzo mocno angażuje się dyrektor szpitala, doktor Artur Maciejewski, który podkochiwał się w lekarce. Rozpoczyna prywatne śledztwo mające go doprowadzić do mordercy. I, jak to w życiu bywa, drogi Maciejewskiego i Krawiec szybko się przecinają, a tych dwoje zaczyna ze sobą współpracować. Nie jest to współpraca usłana różami, gdyż doktora i policjantkę różni wszystko; począwszy od charakterów i temperamentów, wartości, na podejściu do życia skończywszy. Ale tym ciekawsza jest obserwacja, jak między nimi iskrzy, a zawodowa relacja przeradza się w osobistą więź.
Tymczasem prosta na pierwszy rzut oka sprawa (z punktu widzenia śledczych) mocno się komplikuje. Czy rzeczywiście wystarczy schwytać Lasotę, by rozwiązać zagadkę brutalnego morderstwa? Kolejni bohaterowie i nowe wątki, które dotykają także odległej przeszłości, sprawiają, że w tej łamigłówce jest znacznie więcej znaków zapytania. W dodatku mamy następne ofiary i nic nie wskazuje na to, by zabójca chciał na tym zakończyć. To, co miało być dla Julii Krawiec wyłącznie "sprawą do rozwiązania" gwałtownie wkracza w jej osobiste życie. Akcja przyspiesza, napięcie rośnie z każdą stroną powieści, emocje, których doświadcza policjantka, udzielają się czytelnikowi... Jest tak, jak w dobrym kryminale być powinno; dynamicznie, mocno, zaskakująco.
Dobry - bo przede wszystkim z pomysłem - debiut Marty Zaborowskiej daje mi nadzieję na kolejne książki z Julią Krawiec w roli głównej. Liczę, że będzie jeszcze lepiej, jeszcze mocniej, jeszcze ciekawiej. Jedna tylko uwaga: Czasem mniej znaczy więcej - i na takie "mniej" również liczę. Mniej "pokręconych" i przez to tracących na wiarygodności wątków, mniej skandynawskich "naleciałości" (Krawiec do złudzenia przypomina chwilami komisarz Malin Fors z serii Monsa Kallentofta). Więcej konsekwencji i dogłębności w rozwijaniu głównego wątku i autorskiego, polskiego wyróżnika, który nada tej serii oryginalny charakter. A będzie naprawdę doskonale.
Marta Zaborowska "Uśpienie", Czarna Owca, 2013 r.
Julia Krawiec to policjantka z charakterem, "przeszłością" i problemami. Samotnie wychowuje córkę, nie może dojść do porozumienia z byłym mężem, ma za sobą odwyk alkoholowy, wciąż zresztą pije za dużo. Ambitna i bezkompromisowa w pracy, ma na koncie spektakularne sukcesy, jak też wpadki, przez które musi od początku udowodniać, że się do tej roboty świetnie nadaje. Policjantkę poznajemy w trudnym dla niej momencie życiowym, gdy stara się sprostać obowiązkom matki, a równocześnie dostaje do prowadzenia sprawę kryminalną, która może być jej szansą na odbudowanie zawodowej kariery. Krawiec musi znaleźć zabójcę pięknej pani doktor, która została brutalnie okaleczona, a następnie zastrzelona w szpitalu psychiatrycznym. Podejrzenie pada na jej pacjenta Jana Lasotę, niebezpiecznego psychopatę i mordercę, który w tym samym czasie ucieka ze szpitala.
W sprawę bardzo mocno angażuje się dyrektor szpitala, doktor Artur Maciejewski, który podkochiwał się w lekarce. Rozpoczyna prywatne śledztwo mające go doprowadzić do mordercy. I, jak to w życiu bywa, drogi Maciejewskiego i Krawiec szybko się przecinają, a tych dwoje zaczyna ze sobą współpracować. Nie jest to współpraca usłana różami, gdyż doktora i policjantkę różni wszystko; począwszy od charakterów i temperamentów, wartości, na podejściu do życia skończywszy. Ale tym ciekawsza jest obserwacja, jak między nimi iskrzy, a zawodowa relacja przeradza się w osobistą więź.
Tymczasem prosta na pierwszy rzut oka sprawa (z punktu widzenia śledczych) mocno się komplikuje. Czy rzeczywiście wystarczy schwytać Lasotę, by rozwiązać zagadkę brutalnego morderstwa? Kolejni bohaterowie i nowe wątki, które dotykają także odległej przeszłości, sprawiają, że w tej łamigłówce jest znacznie więcej znaków zapytania. W dodatku mamy następne ofiary i nic nie wskazuje na to, by zabójca chciał na tym zakończyć. To, co miało być dla Julii Krawiec wyłącznie "sprawą do rozwiązania" gwałtownie wkracza w jej osobiste życie. Akcja przyspiesza, napięcie rośnie z każdą stroną powieści, emocje, których doświadcza policjantka, udzielają się czytelnikowi... Jest tak, jak w dobrym kryminale być powinno; dynamicznie, mocno, zaskakująco.
Dobry - bo przede wszystkim z pomysłem - debiut Marty Zaborowskiej daje mi nadzieję na kolejne książki z Julią Krawiec w roli głównej. Liczę, że będzie jeszcze lepiej, jeszcze mocniej, jeszcze ciekawiej. Jedna tylko uwaga: Czasem mniej znaczy więcej - i na takie "mniej" również liczę. Mniej "pokręconych" i przez to tracących na wiarygodności wątków, mniej skandynawskich "naleciałości" (Krawiec do złudzenia przypomina chwilami komisarz Malin Fors z serii Monsa Kallentofta). Więcej konsekwencji i dogłębności w rozwijaniu głównego wątku i autorskiego, polskiego wyróżnika, który nada tej serii oryginalny charakter. A będzie naprawdę doskonale.
Marta Zaborowska "Uśpienie", Czarna Owca, 2013 r.
czwartek, 25 lipca 2013
Piotr Głuchowski "Lód nad głową"
Kryminał, polityczny thriller, sensacja. Plus dobra, współczesna powieść. Mam osobistą satysfakcję, gdyż w talent pisarski Piotra Głuchowskiego uwierzyłam po jego debiutanckiej książce. W tej autor potwierdził, że się nie myliłam.
Początek jak na dobrą sensację przystało; w terrorystycznym zamachu ginie minister sprawiedliwości i jego prawnicza świta. Wszystko wygląda na doskonale zorganizowaną akcję radykalnej prawicy. Tej sprawie, z dużym dystansem, przygląda się Robert Pruski, bohater dobrze mi znany z książki "Umarli tańczą". Znakomity dziennikarz z dużymi osobistymi problemami i nie mniejszymi zawodowymi. Facet, który właściwie wciąż ma pod górę. I jakoś się w tym wszystkim usiłuje odnaleźć.
Wygląda na to, że wykłady z dziennikarstwa to coś, co trafiło się Pruskiemu najlepiej jak mogło. Stabilna praca, stabilne emocje, stabilne dochody. A jednak ciągnie wilka do lasu... Swoim studentom Pruski zadaje mocny newsowy temat. Mają przyjrzeć się zabójstwom, które zataczają coraz szersze polityczne kręgi. Jeden z jego studentów, Paweł, podchodzi do tego bardzo poważnie.
A jeszcze poważniej jego dziewczyna; Maja, bystra córka jednego z byłych prominentów. Jej wywrotowa teoria zmienia życie nie tylko Pawła, ale też Roberta Pruskiego, który miałby ochotę na dziennikarską emeryturę, ale chcąc nie chcąc jest w samym centrum wydarzeń. No i zaczyna się akcja...
O reporterskim stylu Głuchowskiego pisałam już wcześniej. Jest świetny. Zwięzły, logiczny, doskonale budujący napięcie. Do tego dochodzi doskonała gra na emocjach, rodzaj inteligentnej gry z czytelnikiem, która świetnie się w tej książce sprawdza. No i bohaterowie... Wyraziści, wiarygodni, mocno osadzeni w dzisiejszych realiach. A główny bohater to po prostu majstersztyk.
Tym razem nie przyczepię się ani do końca, ani do początku, bo jest zbyt dobrze.
Czekam na trzecią odsłonę.
Piotr Głuchowski "Lód nad głową", Agora SA, 2013 r.
Początek jak na dobrą sensację przystało; w terrorystycznym zamachu ginie minister sprawiedliwości i jego prawnicza świta. Wszystko wygląda na doskonale zorganizowaną akcję radykalnej prawicy. Tej sprawie, z dużym dystansem, przygląda się Robert Pruski, bohater dobrze mi znany z książki "Umarli tańczą". Znakomity dziennikarz z dużymi osobistymi problemami i nie mniejszymi zawodowymi. Facet, który właściwie wciąż ma pod górę. I jakoś się w tym wszystkim usiłuje odnaleźć.
Wygląda na to, że wykłady z dziennikarstwa to coś, co trafiło się Pruskiemu najlepiej jak mogło. Stabilna praca, stabilne emocje, stabilne dochody. A jednak ciągnie wilka do lasu... Swoim studentom Pruski zadaje mocny newsowy temat. Mają przyjrzeć się zabójstwom, które zataczają coraz szersze polityczne kręgi. Jeden z jego studentów, Paweł, podchodzi do tego bardzo poważnie.
A jeszcze poważniej jego dziewczyna; Maja, bystra córka jednego z byłych prominentów. Jej wywrotowa teoria zmienia życie nie tylko Pawła, ale też Roberta Pruskiego, który miałby ochotę na dziennikarską emeryturę, ale chcąc nie chcąc jest w samym centrum wydarzeń. No i zaczyna się akcja...
O reporterskim stylu Głuchowskiego pisałam już wcześniej. Jest świetny. Zwięzły, logiczny, doskonale budujący napięcie. Do tego dochodzi doskonała gra na emocjach, rodzaj inteligentnej gry z czytelnikiem, która świetnie się w tej książce sprawdza. No i bohaterowie... Wyraziści, wiarygodni, mocno osadzeni w dzisiejszych realiach. A główny bohater to po prostu majstersztyk.
Tym razem nie przyczepię się ani do końca, ani do początku, bo jest zbyt dobrze.
Czekam na trzecią odsłonę.
Piotr Głuchowski "Lód nad głową", Agora SA, 2013 r.
środa, 17 lipca 2013
Michael Booth "Sushi i cała reszta"
Michael Booth zabiera nas w podróż po Japonii szlakiem kulinarnych doznań, eksperymentów, odkryć. Podróż to zaskakująca, bo autor zagląda w miejsca niedostępne dla zwykłych turystów, nie boi się przy tym nowych doświadczeń, a nawet ryzyka.
Booth wędruje po całej Japonii – przez wielkie
aglomeracje, aż po prowincję – i je właściwie wszystko, co mają na talerzach
mieszkańcy tego kraju. Okazuje się, że możliwości kulinarne Japonii nie znają
granic. Przedziwne dania łączą wszystkie możliwe smaki i łamią żywieniowe
stereotypy, do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Ale jedzenie to tylko pretekst, by podejrzeć tzw. prawdziwe życie w Japonii. Autor wraz z rodziną poznaje nie tylko nowe smaki, ale przede wszystkim miejsca i ludzi.
Podróż kulinarna staje się więc podróżą kulturową, w której jest miejsce na zachwyt, zaskoczenie, zauroczenie. Boothowie goszczą m.in. w programie kulinarnym, spotykają się z zawodnikami sumo (tu fantastyczna historia tego sportu), goszczą w najlepszych restauracjach, ale kupują też jedzenie na ulicy. Rozmawiają z ludźmi o ich ulubionych potrawach, poznają ich przyzwyczajenia, tradycje i kawał historii Japonii, która z kuchnią ma wiele wspólnego. Nie obywa się bez kulinarnych (i nie tylko) wpadek, ale ryzyko wpisane jest w tę historię od początku do końca.
Autor lekko i zabawnie prowadzi narrację, jednak opisy japońskich dań traktuje niezwykle poważnie i skrupulatnie przybliża czytelnikom najbardziej wymyślne przepisy. Nie ma więc wątpliwości, że kuchnia to coś, czemu Japończycy z zapamiętaniem poświęcają swój czas i energię. Tu jedzenie jest sztuką, pasją, prawdziwą kreacją. A sushi to jedynie dodatek do całej reszty. Choć – zaznaczmy – dodatek tak wykwintny jak nigdzie indziej na świecie.
Michael Booth „Sushi i cała reszta”, PWN, 2013 r.
Ale jedzenie to tylko pretekst, by podejrzeć tzw. prawdziwe życie w Japonii. Autor wraz z rodziną poznaje nie tylko nowe smaki, ale przede wszystkim miejsca i ludzi.
Podróż kulinarna staje się więc podróżą kulturową, w której jest miejsce na zachwyt, zaskoczenie, zauroczenie. Boothowie goszczą m.in. w programie kulinarnym, spotykają się z zawodnikami sumo (tu fantastyczna historia tego sportu), goszczą w najlepszych restauracjach, ale kupują też jedzenie na ulicy. Rozmawiają z ludźmi o ich ulubionych potrawach, poznają ich przyzwyczajenia, tradycje i kawał historii Japonii, która z kuchnią ma wiele wspólnego. Nie obywa się bez kulinarnych (i nie tylko) wpadek, ale ryzyko wpisane jest w tę historię od początku do końca.
Autor lekko i zabawnie prowadzi narrację, jednak opisy japońskich dań traktuje niezwykle poważnie i skrupulatnie przybliża czytelnikom najbardziej wymyślne przepisy. Nie ma więc wątpliwości, że kuchnia to coś, czemu Japończycy z zapamiętaniem poświęcają swój czas i energię. Tu jedzenie jest sztuką, pasją, prawdziwą kreacją. A sushi to jedynie dodatek do całej reszty. Choć – zaznaczmy – dodatek tak wykwintny jak nigdzie indziej na świecie.
Michael Booth „Sushi i cała reszta”, PWN, 2013 r.
poniedziałek, 15 lipca 2013
Matthew Fort „Słodki jak miód kwaśny jak cytryny”, Beth Elon „Smakując Toskanię”
Dwie książki o Włoszech, które stawiam wysoko na półce z lekturami "na wakacje" i "po wakacjach". W "Smakując Toskanię" wróciłam do krainy, w której zapachu i smaku zakochałam się na zabój. Natomiast w "Słodki jak miód kwaśny jak cytryny" poznałam nieznany mi dotąd smak Sycylii. I już wiem, że muszę go poczuć osobiście.
Matthew Fort, autor książki „Słodki jak miód kwaśny jak cytryny” to brytyjski pisarz i krytyk kulinarny. Po sukcesie "Apetytu na Italię" ponownie wsiadł na swoją vespę (we Włoszech wszyscy jeżdżą skuterami!) i wyruszył odkrywać Włochy. Tym razem jego celem stała się Sycylia - wyspa tyleż kultowa, co tajemnicza i pełna sprzeczności. Również tych kulinarnych - a o kuchnię i jej sekrety przecież autorowi chodzi!
Ponad 50 przepisów - słodkich, pikantnych, gorzkich - to wszystko znajdziecie w tej książce. Oczywiście w odpowiednim kontekście - społecznym, kulturowym, przyrodniczym. Ta książka to podróż, która zaskakuje, zachwyca, intryguje. I inspiruje. Mnie zainspirowała - do poznania Sycylii i do gotowania. Czego i Wam życzę!
Beth Elon zabrał mnie w „Smakując Toskanię” w swego rodzaju podróż sentymentalną do krainy, którą odkryłam w te wakacje i w której się zakochałam. W jej zapachu, klimacie, smaku. Te trzy elementy łączą się ze sobą, przenikają, tworząc wyjątkową mieszankę, która mocno szumi w głowie.Dostajemy w tej książce ponad 100 przepisów na dania mniej lub bardziej znane. Albo zupełnie nieznane. Oliwa, zioła, warzywa. Makarony, sery, wina. Najlepsze restauracje z Florencji i kameralne knajpki z toskańskiej prowincji. To wszystko tu znajdziecie. Dowiecie się gdzie dobrze zjeść i jak dobrze ugotować dobre włoskie dania. Zajrzycie w zakątki Toskanii, których nie ma w przewodnikach. To może być wskazówka dla tych, którzy do Toskanii się wybierają, ale też fajne uzupełnienie dla tych, którzy tam już byli.
Fantastyczna podróż, w którą wybrałam się z wielkim sentymentem i apetytem.
Matthew Fort „Słodki jak miód kwaśny jak cytryny”, Beth Elon „Smakując Toskanię”, Wydawnictwo Pascal, 2013 r.
czwartek, 11 lipca 2013
Mariusz Urbanek "Brzechwa nie dla dzieci"
Mariusz Urbanek pokazał nieznaną powszechnie stronę życia kolejnego polskiego pisarza. I znów - podobnie, jak to było w przypadku Władysława Broniewskiego - wybrał postać wielowymiarową, barwną, nietuzinkową. Dostaliśmy portret wyjątkowego człowieka i artysty - Jana Brzechwy.
Jan Brzechwa na tę książkę dobrze sobie zasłużył, a my dostaliśmy dogłębny, wielowymiarowy portret pisarza. Absolutnie wyjątkowego pisarza; dowcipnego, inteligentnego, szalenie zdolnego. Który pisał, bo naprawdę to lubił.
Mariusz Urbanek "Brzechwa nie dla dzieci", Iskry, 2013 r.
Zacznę jednak od Bolesława Leśmiana, gdyż to on "stworzył" Brzechwę. Taki bowiem pseudonim wymyślił poeta swojemu kuzynowi - adwokatowi Janowi Lesmanowi. Między kuzynami istniała szczególna więź; Jan (Brzechwa) podziwiał zdolnego i sławnego poetę Bolesława, sam bowiem pisał wiersze i jego największym marzeniem było zostać uznanym poetą. Jednak Leśmian nie zostawiał na poezji Brzechwy suchej nitki. Uważał, ze jego wiersze są sztampowe, nie widać w nich talentu, a jedynie porządne (i to nie zawsze) rzemiosło.
Wielka poezja przegrała z lekką formą, której pan adwokat oddawał się dla przyjemności i nie traktując tego poważnie. Najpierw pisał teksty do kabaretów, potem spróbował sił jako bajkopisarz i autor "rymowanek" dla dzieci. Okazało się, że to strzał w dziesiątkę! Tomiki wierszy Brzechwy dla dzieci schodziły na pniu. Tak niespełniony poeta przeszedł do historii jako najpopularniejszy autor dla dzieci. I chwała mu za to; gdyż cała inteligencja, satyryczny talent i bystre spojrzenie na świat objawiło się w wierszach dla najmłodszych, które do dziś goszczą w polskich domach.
Urbanek pokazuje też inne oblicza Brzechwy; mężczyzny, który uwielbiał kobiety (był stuprocentowym kobieciarzem) i miłością potrafił usprawiedliwić wszystko. Nawet swój brak zainteresowania Holocaustem (sam był przecież Żydem). Brzechwa to również świetny przyjaciel, kompan do zabawy. Znakomity adwokat, wyspecjalizowany w prawie autorskim. Taki sobie ojciec i mąż. I konformista, który wiedział co, dla kogo i jak napisać, żeby w socjalistycznej rzeczywistości żyć bezproblemowo i w miarę komfortowo.
Mariusz Urbanek "Brzechwa nie dla dzieci", Iskry, 2013 r.
wtorek, 2 lipca 2013
Jenny Gucci „Wojny rodziny Gucci”
To książka napisana z włoskim temperamentem (choć autorka Włoszką nie jest), demaskatorska i bezwzględna wobec tzw. wielkiego świata. To świat włoskiej rodziny Gucci, która stworzyła słynną markę i dom mody – rodziny nieprzyzwoicie bogatej, świetnie ustosunkowanej, a przy tym prowadzącej wewnętrzne wojny na śmierć i życie – w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Książkę napisała Jenny Gucci, była żona jednego z najbardziej znanych Guccich. W bezpretensjonalny i wydaje się, że szczery sposób pokazuje historię swojej znajomości i małżeństwa z mężczyzną, który po latach miał się stać jej największym wrogiem.
To historia trochę jak z bajki; młoda, piękna dziewczyna marząca o karierze śpiewaczki poznaje starszego, szarmanckiego Paolo, który jest gotowy podarować jej cały świat. I tak rzeczywiście robi; futra, biżuteria, ubrania od słynnych projektantów podróże po całym świecie, rezydencje w Anglii, Włoszech i Nowym Jorku, przyjęcia u dyplomatów i milionerów – to wszystko staje się udziałem Jenny. Ślub z jednym ze słynnych Guccich wydaje się spełnieniem jej marzeń, a narodziny upragnionej córki mają przypieczętować tę sielankę.
Ale ta historia ma też drugą, znacznie bardziej mroczną stronę. Poza niewątpliwym talentem do zarabiania pieniędzy Gucci mają bowiem w genach agresję, zazdrość, chorą ambicję, poczucie władzy absolutnej i skłonność do nieobliczalnych zachowań. I tego również doświadcza Jenny, podobnie zresztą jak wszyscy inni członkowie modowej dynastii. Awantury, intrygi, wzajemne oskarżenia i walka o władzę w firmie przybierają niebezpieczne rozmiary. Tu nikt nie cofnie się przed niczym; łącznie ze zbrodnią. Po latach życia w luksusie sielanka Jenny się kończy, a Paolo staje się jej śmiertelnym wrogiem.
Zakładając wiec, że ta książka to zemsta na słynnych Guccich, to i tak czyta się ją z wypiekami na twarzy.
Jenny Gucci „Wojny rodziny Gucci”, Wydawnictwo Pascal, 2013 r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








