czwartek, 15 października 2020

Małgorzata Gutowska Adamczyk "Osiedle Sielanka. Nieznajoma"

Takiej książki potrzebowałam na ten trudny pandemiczny czas! Ciepłej, dowcipnej, mądrej i pięknie napisanej. O ludziach i dla ludzi. "Osiedle Sielanka" otula jak ciepły koc i koi jak kubek gorącej herbaty z malinami. Wycisza i daje nadzieję. Ma cudowne, terapeutyczne działanie. 

Fryzjerka Beata wie wszystko o wszystkich. To w jej salonie Czar splatają się ścieżki mieszkańców osiedla Sielanka. Tych starych, rdzennych i tych nowych, zwanych pogardliwie przez tych pierwszych "imigrantami". Każda postać ma charakter, każda jest "jakaś". 

Emerytowana nauczycielka Maria traktuje wszystkich protekcjonalnie, jakby byli jej uczniami. Ale ma też niezłą intuicję i doświadczenie, które przydają się kiedy trzeba. Profesorowa Jaskólska pisze poradniki psychologiczne i zbiera puste butelki po wódce spacerując z czterema psami o wdzięcznych rybich imionach. Duży Rycho ma słabość do alkoholu i miękkie serce. Za swoją powierniczkę wybrał Profesorową, bo przecież ona najwięcej wie o ludzkich uczuciach. Jest jeszcze Ala, która przechodzi kryzys w małżeństwie i spotyka na swojej drodze architekta Stefana. 

Historia toczy się lekko, dowcipnie i bardzo, bardzo przyjaźnie. Klimat powieści przypomina cudowne książki Małgorzaty Musierowicz. Aż chce się wejść w ten świat, zanurzyć w nim i być z jej bohaterami. Ten świat nie jest ani dobry, ani zły. Jest bardzo zwyczajny, ale ludzie są w nim najważniejsi - dla siebie nawzajem. Ten sielski klimat doskonale oddają ilustracje Joanny Klimaszewskiej. W tej książce naprawdę trudno się nie zakochać. 

Małgorzata Gutowska Adamczyk "Osiedle Sielanka. Nieznajoma", Prószyński i S-ka, 2020 r. 

czwartek, 10 września 2020

Sylwia Koperska "Wilczyca"

Dużym atutem tej powieści jest tempo. "Wilczyca" pędzi tak, że trudno złapać oddech. Widać w tym temperament i determinację autorki, by wciągnąć czytelników w swój świat; zaintrygować, zaszokować. To świat pełen blichtru, łatwych pieniędzy, a przy tym okrutny i bezwzględny. Chodzi w nim o jedno: przetrwać.   

O Karolinie wiemy, że jest młoda, wrażliwa, niedoświadczona, pięknie gra na pianinie, ma bogatych rodziców, a jej największym problemem jest toksyczna relacja z matką. I nie chodzi o zwykłe kłótnie między matką a córką. Matka Karoliny w wyrafinowany sposób znęca się nad nią psychicznie i fizycznie, co właściwie jest punktem wyjścia do dalszych decyzji życiowych dziewczyny. 

Poszukując akceptacji i dążąc za wszelką cenę do samodzielności Karolina zaczyna swoją przygodę ze środowiskiem gdańskich gangsterów (przy okazji poznaje nawet słynnego "Nikosia), rozsmakowuje się w dużych pieniądzach, doskonale się przy tym bawiąc. 

Otrzeźwienie, bardzo bolesne, przychodzi w areszcie. Ten etap życia dziewczyny poznajemy bardzo dokładnie, szczegóły są drastyczne, co uwiarygadnia efekt traumy. "Nigdy już tu nie wrócę" - mówi Karolina opuszczając więzienną celę. I jest w tych słowach zapowiedź zmiany, która rzeczywiście zachodzi. Tylko czy rzeczywiście tak łatwo uciec od siebie, od swojej rodziny i starych znajomych? Wybawieniem ma być ukochany, który zjawia się niczym książę z bajki (mam wrażenie, że autorka celowo poleciała "Harlequinem"), ale wydaje się, że happy end, którym kończy się książka to dopiero zapowiedź niezłej burzy z piorunami. 

Czekam więc na dalszy ciąg, bo to historia odważna i nietuzinkowa (coś mi mówi, że będzie i morał). Gdyby jeszcze powycinać nadmiar słodkich przymiotników, które językowo nijak nie grają z  brawurową i wcale nie cukierkową fabułą, byłoby idealnie.  

Sylwia Koperska "Wilczyca", Prószyński i S-ka, 2020

wtorek, 8 września 2020

Joanna Łopusińska "Śmierć i Małgorzata"

Mocny początek, intrygująca fabuła, dobrze utrzymane tempo. To dobra prognoza na kolejne książki Joanny Łopusińskiej. Jeszcze o niej usłyszymy.

Henryk Wieroński znajduje ciało swojej byłej narzeczonej w jej sypialni. Małgorzata została przed śmiercią brutalnie pobita. Samobójstwo czy zabójstwo? Przypadek, zemsta, kłótnia kochanków? Nic tu do siebie nie pasuje. I nic nie jest takim, jak się na początku wydaje.

Śledztwo jest wyjątkowe trudne. Na pierwszy rzut oka wszystko wskazuje na winę byłego narzeczonego. On sam ma tę świadomość, widzi, że został w coś uwikłany i tym bardziej angażuje się w poszukiwania sprawcy. Duet sprytnej pani prokurator Roch i inspektora Molskiego nie daje się zwieść pozorom. Ale w tej książce nie o kryminalne śledztwo w gruncie rzeczy chodzi. 

Kluczowa jest bowiem postać Małgorzaty. Żywej Małgorzaty. Poznając jej życie wchodzimy w prawdziwy labirynt; tajemnic, zagadek, sekretów. Autorka prowadzi nas bardzo krętą ścieżką, a przy okazji wodzi trochę na nos. Ciekawym zabiegiem jest dwutorowa narracja, która znakomicie podbija efekt zapętlenia akcji. 

Dostajemy całkiem sprawny kryminał z elementami thrillera psychologicznego. Jestem przekonana, że Joanna Łopusińska dopiero się rozkręca. A ten debiut naprawdę dobrze wróży. 

Joanna Łopusińska "Śmierć i Małgorzata", Rebis, 2020

środa, 8 lipca 2020

Wojciech Chmielarz „Wyrwa”

Wojciech Chmielarz „Wyrwa”, Marginesy, 2020 r.

Tytułowa wyrwa to pustka, dotkliwy brak. To coś, czego nic nie zmieni i nikt nie wypełni. To opowieść o stracie i poszukiwaniu. O tajemnicy i drodze do prawdy, która ma wiele odsłon.

Ci, którzy spodziewali się po nowej książce Chmielarza kryminału – zdziwią się. Ale nie rozczarują. Bo choć „Wyrwa” nie jest historią zbrodni i śledztwa to mamy tu elementy doskonale znane z poprzednich, świetnych zresztą, książek autora: śmierć, tajemnicę, poszukiwanie prawdy, zaskakującą pointę.

Rodzinę Macieja Tomskiego poznajemy w dramatycznym momencie - jego żona Janina ginie w wypadku samochodowym w drodze powrotnej do domu ze służbowego wyjazdu. Maciek zostaje sam z dwiema córeczkami i całym mnóstwem pytań, na które nie znajduje odpowiedzi. Jedno z nich wyłania się na pierwszy plan: gdzie i dlaczego doszło do tragedii? Bo, okazuje się, że nie było żadnego służbowego wyjazdu. A wypadek wcale nie był wypadkiem.

I tak portret rodziny jak z obrazka zaczyna mieć grube rysy. Nic nie wygląda tak jak mogło się nam na początku wydawać. Ani relacje Macieja i Janiny, ani ich kariery zawodowe, ani rodzinna sielanka. Śmierć kobiety niczego nie kończy, nie zamyka. Wręcz przeciwnie. Otwiera kolejne drzwi do historii, która zmieni życie całej rodziny.

Razem z Maćkiem zagłębiamy się w prywatne śledztwo, które ma nas zaprowadzić do prawdy. Ale w tej opowieści nie ma jednej prawdy. Nie ma jednej odpowiedzi. I w tym tkwi siła tej książki.

Bardzo cenię twórczość Wojciecha Chmielarza. Doskonałe „Żmijowisko”, bardzo dobra „Rysa”. Ale w „Wyrwie” jest coś, co szczególnie mnie urzekło. To jakiś rodzaj spokoju, subtelności, który bije z powieści. Spokoju, którego źródłem jest rozpacz, gniew, ale za którym stoi też głęboka, życiowa mądrość. Tak, „Wyrwa” jest książką mądrą, dojrzałą, głęboką. Mówiącą o moralnych wyborach bez moralizowania. O uczuciach - najtrudniejszych uczuciach - z empatią. O życiu takim, jakie ono jest; ani dobre ani złe. Dokładnie takie, jakie sobie sami stworzymy. I nic nikomu do tego.

 Wojciech Chmielarz „Wyrwa”, Marginesy, 2020 r.

środa, 4 grudnia 2019

Krzysztof Domaradzki "Detoks"

 Krzysztof Domaradzki „Detoks”, Czarna Owca

Autor postawił na sprawdzone motywy i dobrze na tym wyszedł. Jest więc zamordowana młoda dziewczyna, jest ostry glina, który boryka się z osobistymi problemami, jest półświatek, ludzkie słabości  i jest w końcu Łódź, w której surowej, szaro-brudnej przestrzeni rozgrywa się akcja.

Ostry glina to Tomek Kawęcki, który o ile dobrze radzi sobie w pracy, o tyle kompletnie nie radzi sobie w życiu. Jego największym problemem jest alkohol, który rujnuje mu życie osobiste. Ostatnią szansą na utrzymanie się na powierzchni jest dla niego rozwikłanie sprawy brutalnego zabójstwa młodej dziewczyny – tym trudniejszej, że nie ma motywu ani śladów. Kawęcki może więc liczyć tylko na swoją intuicję, inteligencję, dociekliwość i determinację. I robi z nich naprawdę dobry użytek.

Drugi plan tej historii jest nie mniej interesujący. Mamy tu środowisko wykładowców akademickich, studentów, prawników i  - nie tak zupełnie na drugim biegunie - łódzki półświatek. Przy Łodzi warto się na chwilę zatrzymać, bo obraz miasta stworzony przez Domaradzkiego jest niezwykle sugestywny i interesujący. Łódź w „Detoksie” to miasto sprzeczności i kontrastów. Wielki potencjał, nieograniczone możliwości, duże pieniądze. I z drugiej strony brudne, zaniedbane przestrzenie, sfrustrowani ludzie, mroczne tajemnice. Łódź to miasto, które daje nadzieję i bezwzględnie ją niszczy. To miasto straconych iluzji i przegranych szans. Miasto, które wciąga jak narkotyk. I niszczy bez skrupułów.

Bardzo mi się ten obraz spodobał, bo to Łódź jaką i ja znam. Hipnotyczna, odpychająca i przyciągająca zarazem. Doskonale wręcz pasująca do klimatu tej książki. Czekam więc na więcej, bo „Detoks” – ze swoim brudnym gliną i brudną Łodzią - ma potencjał solidnego miejskiego kryminału, który z powodzeniem można rozwinąć w serię.

 Krzysztof Domaradzki „Detoks”, Czarna Owca

czwartek, 7 listopada 2019

Amos Oz "Do fanatyków. Trzy refleksje"

 

Nikt tak dobrze nie pokazuje ducha społeczeństwa izraelskiego jak Amos Oz. Nikt tak jak on nie pisze o sprawach fundamentalnych w prosty, stonowany i dogłębny sposób. Pokazuje, ale nie ocenia. Przekonuje, ale nie poucza.

Ten umiar, dystans i prostotę odnajdziemy również w esejach „Do fanatyków”. I to największa siła tej książki, która mierzy się z najgorętszymi i najtrudniejszymi problemami współczesnego świata. Jednak to, co najmocniej, najdobitniej przemawia w tej książce to proste refleksje na temat istoty fanatyzmu. Nie tyle jednak w kontekście politycznym czy religijnym, ale zwykłym, ludzkim. Fanatyzm zaczyna się w domu – pisze Amos Oz. I właśnie w domu można go powstrzymać.

 „Niekiedy ta choroba zaczyna się dość niewinnie: nie od ucinania głów, wysadzania samochodów pułapek, czy palenia domów wraz z mieszkańcami, lecz w kręgu rodziny – fanatyzm zaczyna się w domu” – pisze Oz.

 Czy nad takimi słowami można przejść bez chwili autorefleksji? Czy można je zlekceważyć? To jest właśnie siła prozy Amosa Oza – pisarz sięga do takich pokładów ludzkiej wrażliwości, empatii, by bez zbędnego moralizowania przekazać ważną, wręcz fundamentalną myśl.

Ta myśl może być jak objawienie: przecież fanatyzm jest częścią naszego życia, powstaje i dzieje się tu i teraz. My jesteśmy jego częścią, my go kreujemy. „Łagodne objawy, dobrze nam wszystkim znane, polegają na powszechnej skłonności do tego, by odrobinę zmienić swoich najbliższych, własne dzieci, brata i siostrę, , partnerkę i partnera, sąsiadów – zmienić dla ich własnego dobra. Czasami nawet się dla nich poświęcić, zwłaszcza kiedy są zupełnie ślepi (…)”.

Co może być antidotum na fanatyzm? Ciekawość, wyobraźnia i humor – przekonuje pisarz. „Nigdy nie spotkałem fanatyków z poczuciem humoru – pisze Oz. - Owszem, fanatycy bywają zdolni do uszczypliwości, do sarkazmu, miewają cięty język, ale nigdy poczucie humoru, a już na pewno nie wobec samych siebie.”

Amos Oz nie nakazuje nam walczyć z fanatyzmem, nie wskazuje, jak się mu przeciwstawić. Fanatyków nazywa chodzącymi wykrzyknikami, ale odradza bycie wykrzyknikiem po drugiej stronie barykady. I podpowiada, by pożartować trochę ze swoich własnych wykrzykników. „A także zaciekawić się i zajrzeć od czasu do czasu nie tylko w okno sąsiada, ale przede wszystkim zobaczyć, jak przedstawia się rzeczywistość widziana  z jego okna, bo z konieczności jest ona inna niż ta, którą można zobaczyć z własnego.”

Mądra, dogłębna i wybitna literacko lekcja tolerancji. Dla nas wszystkich.

czwartek, 15 sierpnia 2019

Igor Brejdygant "Szadź"

 Igor Brejdygant „Szadź”, Marginesy

„Szadź” to gotowy scenariusz na film. I najlepszy polski kryminał, jaki w tym roku przeczytałam.

Od początku znamy mordercę. Poznajemy go bardzo dokładnie, krok po kroku, mamy więc szansę „wejść  w jego skórę”. To dobry zabieg, bo morderca to nie byle kto. Psychopata jakich mało. I jak na dobrego psychopatę przystało – jest doskonale zakamuflowany. Perspektywa mordercy jest o tyle ciekawa, że daje nam dokładny wgląd w jego otoczenie społeczne i obnaża wszechobecną hipokryzję.

Druga perspektywa jest nie mniej ciekawa. Poznajemy przyszłą ofiarę mordercy. Naiwna, uduchowiona studentka z ubogiej rodziny, marząca o wielkiej miłości. Nie interesują jej rówieśnicy – są nudni i przewidywalni. Natomiast poznany w internecie mężczyzna wydaje się idealny – dojrzały, inteligentny, empatyczny, o rozległych zainteresowaniach. W rzeczywistości okazuje się nie mniej interesujący. Przynęta złapała haczyk. Zmierzamy do tragicznego finału.

Ale jest jeszcze trzecia perspektywa. Śledztwo w sprawie pierwszej ofiary psychopaty prowadzi nietuzinkowa komisarz Agnieszka Polkowska. Ambitna, zaangażowana, bezkompromisowa. Z pokręconym życiorysem. Z oryginalnymi poglądami na pracę i życie. Ale skuteczna jak mało kto. Policjantka wie, że jej przeciwnik jest niezwykle wymagający i poprzeczka została postawiona bardzo wysoko. Nie wie tylko, że osobiście będzie musiała się z nim zmierzyć.

Tyle o fabule, żeby nie zdradzić za dużo. Bo choć od początku wiemy, kto zabił, nie wiemy dlaczego. A w tym tkwi klucz do tej całej historii. Prostej, inteligentnej, filmowej. Działającej na wyobraźnię i budzącej niepokój. Nieprzekombinowanej, ale sprytnie przemyślanej. Starannie skonstruowanej i napisanej. Wygląda na to, że Zygmunt Miłoszewski doczekał się godnego przeciwnika na arenie polskich powieści kryminalnych.

Igor Brejdygant „Szadź”, Marginesy 

czwartek, 3 stycznia 2019

Lize Spit „Szpadel”

Ta książka o dorastaniu w sielskim otoczeniu podszyta jest niepokojem, jakimś wewnętrznym drżeniem, które zapowiada katastrofę. Ale zanim do niej dojdzie autorka poprowadzi nas drogą pełną wyrafinowanych i okrutnych zabaw, które z dziecięcą niewinnością niewiele mają wspólnego.

Obrazek jakich wiele:  Trójka przyjaciół, Eva, Pim i Laurens, dorasta w małej, flamandzkiej wsi. Są nierozłączni, całe dnie spędzają razem. Nie mają przed sobą tajemnic ,są swoistą jednością. Ich bliskość pozwala im łamać kolejne tabu, przekraczać granice wstydu. Nikt nie ma nad tym kontroli, dorośli żyją w swoim ograniczonym, patologicznym świecie, nie chcą i nie potrafią wejść w rolę rodziców.

Brak wzorców, brawura, nuda i rodzące się poczucie własnej seksualności popycha dzieci do niebezpiecznych eksperymentów. Zabawa w pytania i odpowiedzi przeradza się w pełne okrucieństwa , upokorzenia i bólu doświadczenie, którego skutki okażą się dramatyczne i zaważą na życiu wszystkich jego uczestników. Tytułowy szpadel odegra tu swoją istotną rolę.   

Ta historia ma swój dalszy ciąg, gdy Eva dorasta i wraca do rodzinnej wioski.  Wraca niesiona wspomnieniami i emocjami, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Wraca, by wyrównać rachunki. Odkupić winy.  Ukarać winnych. Ujawnić sekrety. Odzyskać spokój. Zakończyć to, co zaczęła.

„Szpadel” szokuje i przeraża. Kontrasty, na których bazuje książka potęgują uczucie zdumienia, niewiary, odrzucenia. Nie chcemy znać takiego świata, nie akceptujemy go. Dzieciństwo i dojrzewanie zbrukane gwałtem, bólem, śmiercią nabierają nowego wymiaru. Granice dobra i zła, miłości i nienawiści, niewinności i patologii nie istnieją. Jest życie, w którym rządzą prymitywne instynkty i obojętność. Opresyjna rzeczywistość zaraża, poraża i prowadzi do katastrofy. W tej książce nie ma pozytywnych i negatywnych bohaterów. Są same ofiary.

Mocna, poruszająca książka. Nieakceptowalnie prawdziwa.

Lize Spit „Szpadel”, Marginesy, 2018

poniedziałek, 1 października 2018

Marina Abramović „Pokonać mur”

 Marina Abramović „Pokonać mur”, Rebis, 2018 r.

To książka pod każdym względem wyjątkowa. Portret wybitnej artystki, studium fascynującej kobiety, historia tworzenia sztuki performance’u bez żadnych ograniczeń. Sztuki, która przekracza granice wstydu, bólu, czasu, ludzkiej wytrzymałości. Sztuki, która sięga do najgłębszych emocji i najbardziej pierwotnych instynktów. Można ją pokochać, albo znienawidzić – nie ma trzeciej możliwości.

Marina Abramović podzieliła się z nami historią, której wystarczyłoby na kilka fascynujących książek. Wychowana w komunistycznej Jugosławii pod rządami Tito, kontrolowana przez despotyczną matkę, zapatrzona w ojca-partyzanta, bohatera wojennego, od najmłodszych lat poszukiwała w sobie odrębności, wewnętrznej siły, która pozwoli jej pójść swoją, niezależną drogą. Tą drogą okazała się sztuka, która stała się istotą życia Abramović i zdeterminowała je w całości.

Abramović nigdy nie poszła wydeptaną ścieżką. Zawsze poszukiwała swojego własnego głosu; ale takiego głosu, który musi wybrzmieć wyraźnie, zagrzmieć, dotrzeć do odbiorcy, poruszyć go, wstrząsnąć nim. Jej celem było doświadczanie wolności absolutnej, a tę mogła uzyskać tylko wtedy, gdy przekraczała absolutnie wszystkie granice. Materią jej sztuki, a tym samym doświadczeń i eksperymentów, stało się jej własne ciało. Ciało nagie, wystawione na osąd publiczności, trwające w bezruchu przez kilkanaście godzin, zderzające się bezwładnie z innym ciałem. Brudne, posiniaczone, śmierdzące. Bite, wyczerpane, głodne, spragnione.

Przez kilkanaście lat kanwą jej performance’ów był związek z niemieckim artystą Ulayem. Kochankowie w życiu, kochankowie w sztuce. Ich projekty kipiały od emocji, epatowały seksualnością, zachwycały oryginalnością, przerażały dosłownością. Były próbą dla publicznością, ale przede wszystkim dla nich samych; próbą fizycznej wytrzymałości, jak też jakości i trwałości ich relacji. Tej próby Ulay nie przetrwał; słabszy fizycznie, nie radzący sobie z popularnością Mariny, zostawił ją po 12 latach wspólnego życia i pracy. Rozstanie, jak cały ich związek, miało wymiar wybitnego dzieła artystycznego. Zwieńczeniem ich wspólnych projektów miało być równoczesne przejście Wielkiego Muru – każde z nich miało go obejść z innej strony. Marina szła tą trudniejszą trasą, w górach. Droga Ulaya była samą przyjemnością. Gdy spotkali się w umówionym miejscu – ona wyczerpana do granicy wytrzymałości, on zachwycony łatwością projektu – rozstali się.

Każde z nich poszło swoją drogą artystyczną. I o ile Ulay nieustannie odcinał kupony od tego, co stworzył razem z Mariną, to dla niej rozstanie z Ulayem było początkiem nowego, artystycznego rozdania. Abramović rozwinęła skrzydła, a jej kariera nabrała międzynarodowego rozpędu. Słowo sława w jej wypadku poprzedzało niejednokrotnie słowo skandal – niemniej jednak performance Mariny zawsze były ogromnym wydarzeniem.

Wychowała setki artystów na całym świecie. Warsztaty, które organizuje to nie lada wyzwania w sensie fizycznym i emocjonalnym dla młodych ludzi. Ale to właśnie znak firmowy Abramović  – nic co ważne, prawdziwe, osobiste, nie może być proste, bezbolesne. Stała się ikoną, marką samą w sobie, nie tracąc z wiekiem nic ze swojej świeżości, odwagi, bezkompromisowości. Ale też dystansu i poczucia humoru. Niezmiennie zachwyca, zdumiewa, szokuje, prowokuje, poszukuje. I przekracza granice, których nikt wcześniej nie próbował nawet przekroczyć.

 Marina Abramović „Pokonać mur”, Rebis, 2018 r.

wtorek, 14 sierpnia 2018

Piotr Ambroziewicz "Złote lata polskiej chuliganerii. 1950-1960"

Bikiniarze, zadymiarze, buntownicy, skandaliści i pospolici bandyci. Okazuje się, że chuligaństwo to pojęcie szerokie, nieoczywiste i ewolujące. W Polsce ma swoją długą, bogatą i barwną tradycję. Warto bliżej mu się przyjrzeć.

Piotr Ambroziewicz podszedł do tematu z pasją i naukowym zacięciem. Przede wszystkim wziął na warsztat samo pojęcie "chuligaństwa", wnikliwie analizując jego pochodzenie i rozwiewając przy okazji kilka mitów. Bardzo istotne w tej badawczej ścieżce jest dla autora to, co mieści się w definicji chuligana, ale również to, kim na pewno chuliganem nie był i nie jest.

Ambroziewicz odwołuje się do historii sięgającej okresu głębokiego PRL-u, bardzo dokładnie przyglądając się m.in. subkulturze bikiniarzy, czy politycznych rozłamowców i grubą kreską oddzielając ich od pospolitych przestępców. Zwraca przy tym uwagę, że w pewnym okresie wszystkie te grupy były wrzucane do jednego worka pod hasłem "Chuligani".

Wreszcie  Ambroziewicz pokazuje prawdziwych chuliganów; tych, z którymi polski wymiar sprawiedliwości musiał sobie jakoś radzić. Czy sobie radził? Autor odwołuje się do procesów sądowych, ale też pokazuje tzw. społeczny osąd pospolitej łobuzerii, który zmieniał się na przestrzeni lat. Tu wielka rola materiałów źródłowych, do których odwołuje się Ambroziewicz, w szczególności artykułów prasowych. Prawdziwym smaczkiem są fragmenty "Złego" Tyrmanda (absolutna klasyka warszawskiej "bandyterki") i jego "Dzienników" (piękna pochwała "bikiniarstwa"!).

Polskie władze w latach 1950-1960 wydały prawdziwą wojnę chuliganerii. W rzeczywistości była to desperacka obrona systemu, któremu zagrażało niemal wszystko nad czym nie było odgórnej kontroli: od swobodnych wypowiedzi, przez "nieobyczajne" zachowania, po kolorowe ubrania i jazzową muzykę. Tymczasem zagrożenie było prawdziwe i poważne - nazywało się pospolita przestępczość, z którą nie tak łatwo było wygrać.

Niektóre historie przywoływane przez Ambroziewicza mrożą krew w żyłach. Inne wywołują szczery śmiech. Całość smakowita i pouczająca.

 Piotr Ambroziewicz "Złote lata polskiej chuliganerii. 1950-1960", PWN, 2018

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...