środa, 14 listopada 2012

Radosław Romaniuk „Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza”

To swego rodzaju fenomen, by życie pisarza przerosło jego twórczość. Tak wydaje się być w przypadku Jarosława Iwaszkiewicza. Ale też dzięki temu, że postać pisarza jest tak fascynująca i wielowymiarowa, trudno nam zapomnieć o jego książkach. W biografii autorstwa Radosława Romaniuka mamy wyjątkową szansę poznać Iwaszkiewicza z najbardziej intymnej, osobistej strony. W żaden sposób nie umniejsza to jednak historycznych i poznawczych walorów tej lektury, kreślącej nie tylko znakomity portret pisarza, ale też całego pokolenia przedwojennej, polskiej inteligencji.

"Inne życie" to pierwszy tom biografii Jarosława Iwaszkiewicza, która rozpoczyna się w momencie jego urodzin, a kończy w przededniu wybuchu II wojny światowej. Efekt jest zamierzony i pokazuje koniec pewnej epoki, tak w życiu samego bohatera, jak i w historii Polski; epoki radosnej, twórczej, młodzieńczej. Jarosław miał wtedy czterdzieści pięć lat. Za sobą lata literackich sukcesów, osobistych wzlotów i upadków, bolesnych, życiowych doświadczeń i kompromisów. Równocześnie był to dla niego czas pewnej stabilizacji, pogodzenia z samym sobą i życiem. Życiem "po swojemu", czasem pod prąd, wbrew  obyczajowym konwenansom i oczekiwaniom najbliższych.

Tę historię mamy szansę poznać od samego początku, czyli od dzieciństwa Iwaszkiewicza spedzonego na Ukrainie, przez lata młodzieńcze; pierwszych fascynacji, przyjaźni, związków; tych miłosnych i tych intelektualnych. A także, oczywiście, literackich prób i wprawek. Wiele z przytoczonych historii i postaci znalazło zresztą odbicie w twórczości pisarza, jak choćby przyjacielsko-miłosny trójkąt między Iwaszkiewiczem, jego przyjacielem Józefem Świerczyński, a ukochaną Zofią Kurkiewiczówną, który nawiązał się w Byszewach. Ta skomplikowana relacja rozdarcia między ukochanymi osobami znalazła swoją kontynuację w "Pannach z Wilka"; opowiadaniu przesyconym erotyzmem, niepewnością, strachem, kłamstwem i tłumioną namiętnością.

O homoseksualnych związkach Iwaszkiewicza autor pisze w sposób naturalny, bez epatowania sensacją. Nie ma wątpliwości, że mężczyźni byli w życiu pisarza ważni i nie sposób pominąć milczeniem roli, jaką w nim odegrali.  Tych mężczyzn było wielu; począwszy od kochanków, przez przyjaciół, po partnerów intelektualmnych, literatów. Ale wydaje się, że najwięcej miejsca poświęca Romaniuk w swojej książce Annie, żonie Jarosława. I tu również nie ma wątpliwości, że była to najważniejsza kobieta w życiu Iwaszkiewicza, która tak samo wiele poświęciła, by spędzić z nim życie, jak równie wiele od niego otrzymała w najtrudniejszych momentach swojego życia.

Panna Lilpopówna pochodziła z bogatej rodziny przemysłowca Stanisława Wilhelma Lilpopa. Anna była jego jedyną, ukochaną córką, którą wychowywał sam, po tym, jak opuściła go żona. Była piękna, rozpieszczona, delikatna, a przy tym... zakochana w sztuce i literaturze. Gdy poznała Jarosława, związana już była z księciem Krzysztofem Mikołajem Radziwiłłem. Zaręczyny, w atmosferze skandalu, zostały przerwane, a Anna zaprezentowała rodzinie nowego wybranka swojego serca; biednego, ale wyjątkowo przystojnego i utalentowanego Jarosława Iwaszkiewicza. Ten związek, jak się później okazało, przetrwał wiele. Niechęć ojca Anny, jej chorobę psychiczną, związki Jarosława z mężczyznami. Wydaje się - a pięknie oddaje to fotografia z okładki książki - że tych dwoje łączyła wyjątkowa pod każdym względem więź, w której jedno z nich zawsze było w cieniu drugiego. To było coś więcej niż miłość, przyjaźń, tolerancja, zrozumienie. Ogromna determinacja zbudowana na silnym uczuciu, by być razem mimo wszystko, do końca. Piękna, choć trudna jest ta relacja, ale autor przedstawił ją w wyjątkowo przenikliwy, ale też subtelny sposób.

Radosław Romaniuk napisał książkę znakomitą; wielowymiarową, świetnie udokumentowaną, dogłębną. Jest w niej miejsce na miłość, przyjaźń, osobiste rozterki, ale też na politykę, historię, a przede wszystkim - literaturę. To nie jest pierwsza biografia Jarosława Iwaszkiewicza, ale pierwsza tak rzetelnie, błyskotliwie i mądrze napisana. Bez autocenzury, ale z wyczuciem. Z ogromną wiedzą, ale bez nadęcia. Z sympatią, ale nie protekcjonalnie. Wyważona w każdym calu.

Czekam teraz na drugi tom, gdyż to, co najciekawsze i najtrudniejsze w życiu Iwaszkiewicza dopiero przed nami.

Radosław Romaniuk „Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza”, Wydawnictwo Iskry, wydanie I, 2012 r.

wtorek, 13 listopada 2012

Wiktor Jerofiejew "Dobry Stalin"

To proza z najwyższej półki. Mocna, inteligentna, szczera. Napisana wyśmienitym językiem, z dużym literackim wyczuciem. O stalinowskich czasach autor opowiada z pozycji tych "uprzywilejowanych". Opowiada przewrotnie, autoironicznie. Ale nic tu nie jest uproszczone, spłaszczone, przemilczane. Wręcz przeciwnie. A im bardziej jesteśmy po "tamtej" stronie, tym efekt jest mocniejszy.

Ale "Dobry Stalin" z polityką ma tyle wspólnego, na ile polityka wpłyneła na życie autora i jego rodziny. To książka tak autobiograficzna, jak tylko być może; osobista, intymna, szczera. I choć autor zaznacza na wstępie, że wszystkie postaci są wymyślone "nie wyłączając autentycznych i samego autora", to jest to tak samo przewrotne i prowokacyjne jak tytuł książki.

Wiktor Jerofiejew wychował się w rodzinie radzieckiego dyplomaty. Jego ojciec, świetnie wykształcony, znający języki, a przede wszystkim oddany sprawie i wodzowi, robił błyskotliwą karierę pod okiem samego Stalina. Najpierw jako jego osobisty tłumacz, a wreszcie jako attache kulturalny we Francji. Znakomicie odnalazł się "na salonach" ambasadorów; podobnie zresztą jak cała rodzina Jerofiejewów. Elegancja, komfort, wygoda, dostatek okazały się tym, do czego bardzo szybko przywykli. Jakby nie urodzili się w Rosji...

Te dwa światy; surowego komunizmu i zachodniego sznytu, w których przyszło dorastać Wiktorowi, rewelacyjnie zestawia on ze sobą w ksiażce. I to na wielu płaszczyznach; kulturowej, cywilizacyjnej, obyczajowej. To zestawienie mocne, szokujące nawet - i o to autorowi chodziło. Począwszy od pogody ("Podobał mi sie grudzień w którym kwitły kwiaty"), przez sposób bycia ("Mama młodnieje w oczach, włosy jej się kręcą. W nowych zapachach pojawiła się jakaś delikatna, nierosyjska obcość. Jej zadaniem jest ładnie się ubierać, chodzić na przyjęcia"), wygląd ("Tata zakłada koszulę z krótkim rękawem - w wolne dni na modłę francuską nie wpuszcza jej w spodnie"), aż po jedzenie ("Mama zajada się ślimakami i klasyczną zupą cebulową, lubi ostrygi. (...) Rodzice brzydzili się rosyjskim chamstwem, nie chodzili do rosyjskich knajp - dopiero we Francji zauważyli, że na świecie istnieje coś takiego jak restauracja").

Wszystko jest nowe, fascynujące i... w jakiś sposób naturalne. Mało w tym polityki. Jeśli już, to nie ma ona nic wspólnego ze stalinowskim reżimem, którego ofiarą padło tysiące ludzi. To polityka świata dyplomacji, wyższych sfer; elegancka, wytworna, wygodna. "To jasne, że mój tata był prawdziwym komunistycznym terrorystą. Marzył, zeby Francją rządzili komuniści, żeby powstała Francuska Republika Socjalistyczna. Wątpię, żeby chciał pozbawić Francuzów pomarańcz i wina, stworzyć kolejki po camembert i mleko. Tego wyobraźnia taty nie obejmowała" 

A jednak na bezwzględną politykę przyjdzie w tej książce czas. I, paradoksalnie, jej ofiarami padną obaj; ojciec i syn. "W końcu zabiłem swojego ojca" - pisze Jerofiejew. I mowa tu o swego rodzaju śmierci cywilnej. W 1979 roku ojciec Wiktora zostaje nagle odwołany z placówki dyplomatycznej w Wiedniu. Powodem jest literacka aktywność syna, który wydaje w podziemnym obiegu almanach "Metropol". Publikują w nim artyści wyjątkowo nielubiani przez władzę, a oliwy do ognia dolewa sam młody pisarz Jerofiejew. Kariera jego ojca zostaje przerwana w jednej chwili. Obaj dostają twarde ultimatum: albo Wiktor złoży samokrytykę, albo o powrocie ojca do dyplomacji, a nawet jakiejkolwiek pracy mogą zapomnieć.

Ta dramatyczna sytuacja okazuje się najważniejszą życiową próbą i swego rodzaju oczyszczeniem w skomplikowanej relacji ojciec-syn. A także punktem kulminacyjnym rodzinnej historii, w której ojciec Wiktora gra rolę "dobrego Stalina", a matką jest Rosja. Okazuje się, że i ta historia może mieć happy end. O ile jej autorem jest tak znakomity pisarz jak Wiktor Jerofiejew, który nie oszczędza w niej ani siebie, ani swoich bliskich. Ale wszystko tu czemuś służy. I zostaje w pamięci. Na zawsze już zapamiętam brawurową scenę jego inicjacji seksualnej podczas zbiorowej kąpieli z rosyjską niańką i dyrektorką szkoły, w której mały Wiktor pada ofiarą temperamentu kobiet. Wyjątkowe są polskie wspomnienia pisarza, który - zdaniem swoich rodziców - popełnił mezalians żeniąc się z Wiesławą, córką polskiego kucharza i bufetowej...

Takich scen, dygresji, anegdot jest w tej książce znacznie więcej. Zabawnych, ironicznych, ale równocześnie głębokich, ważnych, istotnych. Po coś. I myślę, że wielką sztuką jest tak pokazać historię swojego kraju - tę najtrudniejszą w szczególności - by miała ona ludzką twarz. Jerofiejew - tyleż rosyjski, co francuski -  potrafi to zrobić jak nikt inny.

Mocna, dobra, prawdziwa literatura. Z najwyższej półki.

Wiktor Jerofiejew "Dobry Stalin", przełożyła Agnieszka Lubomira Piotrowska, Czytelnik, II wydanie, 2012 r.

poniedziałek, 12 listopada 2012

"Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań" Książką Historyczną Roku

9 listopada odbyła się uroczysta gala wręczenia nagród w konkursie Książka Historyczna Roku. Jury nagrodziło książkę Ryszarda Wolańskiego o Eugeniuszu Bodo. W maju tego roku wydał ją Dom Wydawniczy Rebis.   


Konkurs organizowany został przez Instytut Pamięci Narodowej, TVP i Polskie Radio pod patronatem prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. W kategorii "Najlepsza książka popularnonaukowa poświęcona historii Polski w XX wieku" zwyciężyła książka Ryszarda Wolańskiego "Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań". 

Z autorem, Ryszardem Wolańskim, miałam przyjemność spotkać się i porozmawiać podczas tegorocznych Warszawskich Targów Książki. Mówił wtedy, że najważniejsze było dla niego pokazanie nieznanych faktów z życia artysty, szczególnie tych związanych z dramatyczną końcówką jego życia w sowieckim łagrze.

"Książki Historyczne Roku" zostały wybrane przez jury w składzie: prof. dr hab. Piotr Franaszek (przewodniczący), prof. dr hab. Tomasz Gąsowski, dr hab. Andrzej Nowak, prof. dr hab. Wojciech Roszkowski, prof. dr hab. Andrzej Chwalba oraz prof. dr hab. Wiesław Wysocki.
  

Ryszard Wolański podczas Warszawskich Targów Książki 2012


Ryszard Wolański – dziennikarz muzyczny, absolwent warszawskiej PWSM, przez wiele lat związany z polskim radiem i telewizją. Autor licznych reportaży i relacji z najważniejszych imprez i festiwali muzycznych. Pomysłodawca i autor edycji radiowej, cyklu telewizyjnego, pierwszego w kraju wydawnictwa multimedialnego oraz książki pod wspólnym tytułem Leksykon Polskiej Muzyki Rozrywkowej. Autor książek o tematyce muzycznej, stypendysta Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz STOART-u, laureat licznych nagród za całokształt działań na rzecz popularyzacji polskiej muzyki rozrywkowej i jazzowej, m.in. nagrody TVP, ZAiKS-u, Gloria Artis oraz Klio 2010 za Już nie zapomnisz mnie. Opowieść o Henryku Warsie. 

czwartek, 8 listopada 2012

Izabela Czajka Stachowicz "Dubo...Dubon...Dubonnet..."

W tej książce słynnej "Czajki" bardziej, niż w którejkolwiek innej pobrzmiewa sentymentalny ton. Autorka wspomina barwne lata 20. w Paryżu i w jej słowach słychać tyleż zachwyt, co smutek - że było, minęło i nie wróci... Ale jest też to wszystko, z czego słyną książki "Czajki"; temperament, dowcip i mnóstwo pikantnych anegdot. W których oczywiście przewijają się znane nazwiska wielkiego świata...

Czy może być piękniejsze miejsce dla młodej, pięknej kobiety o artystycznej duszy, niż Paryż w 1924 roku? Oczywiście nie! Młodziutka Bella nie zastanawiała się nawet minuty, gdy pojawiła się możliwość "ucieczki" z nudnego Berlina do wymarzonego Paryża. 

"Już od miesięcy śnił mi się po nocach Paryż. Czasami - wydawało mi się nawet - słyszałam daleki jego głos..."
Na nic zdały się prośby i błagania ukochanego mężczyzny, który zapewniał jej w Berlinie bezpieczne i dostatnie życie. Bellę ciągnęło do stolicy artystów i nic, ani nikt nie mógł jej już zatrzymać... Paryż powitał dziewczynę feerią barw, zapachów, smaków. Zachwycił ją swoim pięknem i wyjątkowością ludzi, których w nim spotkała; ich inteligencją, językiem, poczuciem humoru. "Czajka" chłonęła Paryż wszystkimi zmysłami, a jej opisy miasta są niezwykle emocjonalne i sugestywne.

"W Paryżu zauważyłam, że nie ma ostrych kątów, kąty są zaokrąglone. I te właśnie zaokrąglenia nadają Paryżowi szczególne piękno. Specyficzny wdzięk ulic, placyków, placów. Niepowtarzalny klimat dawności i dnia dzisiejszego. Urzekające piękno. Śmiertelnie zakochałam się w Paryżu."
Po fali euforii przyszła proza codzinnego życia. I przygasiła nieco entuzjazm Belli. Dziewczyna nie miała pracy, pieniędzy, perspektyw. Głód zaczął zaglądać jej w oczy, a wizja powrotu do domu wydawała się coraz bardziej realna. Ale od czego są przyjaciele? Do tych piękna "Czajka" zawsze miała szczęście i tym razem także przyszli jej oni z pomocą. Malarz Tytus Czyżewski zaprotegował ją do redakcji emigracyjnej gazety "Polonia". Bella miała pomagać przy korespondencji z czytelnikami i wysyłce polskich książek. Praca okazała się mało porywająca i przede wszystkim kiepsko płatna, ale wdzięk i ujmujący charakter dziewczyny szybko zjednały jej nowych przyjaciół, z którymi rzuciła się w sam środek artystycznego życia Paryża. Jej przedsiębiorczość i brak zahamowań okazały się przy tym niezawodne. Nie mamy pieniędzy na obiad? W takim razie śpiewamy w kawiarni i robimy zbiórkę do kapelusza!

Z czasem te nieco szalone pomysły na "zarabianie" przybrały znacznie poważniejszą formę. I tak Bella otworzyła w Paryżu pierwszą polską księgarnię. Miejsce to bardzo szybko zyskało dobrą sławę wśród artystów i zjednało"Czajce" kolejnych niezwykłych ludzi. Paryż mógł wreszcie cieszyć Bellę w sposób absolutny, a ona czerpała z jego nieograniczonych możliwości pełnymi garściami. I - jak to u "Czajki" - nie mogło zabraknąć szalonych zabaw, flirtów, miłostek. Paryż okazał się wprost stworzony dla pełnej temperamentu Polki o artystycznej, nieokiełznanej duszy. Miłość pisarki do tego miasta okazała się więc spełniona i w pełni odwzajemniona.

Czyta się tę książkę z nieschodzącym z twarzy uśmiechem, ale i z łezką w oku. Jest bowiem we wspomnieniach "Czajki" klimat przedwojennego świata, który wojna zniszczyła bezpowrotnie. Nigdy już Paryż, do którego pisarka wracała potem wiele razy, nie był taki, jak w 1924 roku. Ten świat odszedł na zawsze, zdaje się mówić Izabela Czajka-Stachowicz, zostały po nim tylko piękne wspomnienia. I słychać w jej słowach nostalgię; nie tylko za Paryżem, ale też za młodością, radością życia, młodzieńczymi marzeniami...

Polecam także inne książki Czajki-Stachowicz:
"Nigdy nie wyjdę za mąż"
"Małżeństwo po raz pierwszy"

 Izabela Czajka Stachowicz "Dubo...Dubon...Dubonnet...", Wydawnictwo W.A.B., 2012 r.

wtorek, 6 listopada 2012

Krystyna Mazurówna "Moje noce z mężczyznami"

Tytuł jest nieco prowokacyjny, ale - jak szybko zastrzega autorka - treść wyjątkowo niewinna. Kluczem do tej książki są spotkania (rzeczywiście nocne) z mężczyznami, którzy w życiu tancerki odegrali ważną rolę; tak osobistą, jak i zawodową. To noce pełne dziwnych przypadków, zbiegów okoliczności, życiowych zakrętów i zwrotów. Szalone, nieprzewidywalne. Zresztą, jak całe życie artystki...

Krystyna Mazurówna, ekscentryczna tancerka i choreografka, która od ponad 40 lat mieszka we Francji, zaprasza nas w tej książce do swojego świata;  pasji, miłości, rodziny, a przede wszystkim sztuki. Robi to z wdziękiem, z charakterem, w swoim stylu. Zaczyna od młodzieńczych lat w Warszawie, kiedy największą jej pasją stał się taniec, a pierwszym do niego partnerem trzynastoletni chłopiec z domu dziecka. Z Dariuszem, który marzył by być kobietą i uciec z Polski, a potem zrobił karierę w Stanach, Krystyna spędziła przedziwną noc w Łazienkach. A potem takich nocy było mnóstwo. Trochę wbrew rodzinie, dobremu wychowaniu, które wyniosła z domu, społecznym oczekiwaniom.

Małżeństwo z Krzysztofem Teodorem Toeplizem, artystyczna bohema Warszawy lat 60., macierzyństwo, występy z najlepszymi artystami, artystyczne wyzwania i sukcesy. W życiu Krystyny Mazurówny wszystko toczyło się błyskawicznie, na najwyższych obrotach. Ona sama nie dawała sobie taryfy ulgowej; chciała żyć mocno, intensywnie, po coś. Chciała tańczyć, występować przed najlepszą publicznością.

I choć w koministycznej Polsce żyło jej się, jak sama przyznaje, wygodnie i komfortowo, to zdecydowała się wyjechać. Mimo ugruntowanej pozycji na scenie. W 1968 roku wylądowała w Paryżu zostawiając za sobą wszystko, co miała: dziecko, teatr, stabilizację. Rzuciła się na głęboką wodę, wierząc, że zdobędzie świat.

Pierwsze, paryskie laty Mazurówny to - jak mi się wydaje - temat na oddzielną książkę. Autorka uchyliła nam tylko rąbka z tego okresu, ale nie ma wątpliwości, że był to czas trudny, niepewny, chwilami dramatyczny. Właściwie czas walki o życie; w każdym wymiarze: i tym prywatnym, i zawodowym. To czas poszukiwań i odkryć. Jednym z największych okazało się to miłosne. Małżeństwo z Jean-Pierre'em było wielkim wyzwaniem, przygodą i... pięknym wspomnieniem, do którego autorka chętnie powraca.

Tańczyła, układała choreografię, prowadziła zespół, stała za barem, spełniała marzenia... Czegoż to Krystyna Mazurówna nie robiła? Opowiada o tym lekkim tonem, na wesoło, a tylko gdzieniegdzie słychać nostalgię, żal, smutek.

Wyjątkowa, silna, twórcza kobieta, która potrafi cieszyć się życiem i robić z niego dobry użytek. Taka jest w tej książce Mazurówna. I nawet jeśli to kolejna artystyczna kreacja to, trzeba przyznać, udana. A na pewno efektowna - to słowo wydaje mi się najbardziej właściwe.

Krystyna Mazurówna "Moje noce z mężczyznami", Wydawnictwo Agora S.A., 2012 r.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Jeanette Winterson "Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?"

Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? - pyta adopcyjna matka nastoletnią Jeanette, gdy ta zakochuje się w swojej koleżance. A potem każe się jej wynosić z domu... W swojej autobiografii brytyjska pisarka Jeanette Winterson w sposób bezwzględnie szczery rozlicza się z adopcyjnymi rodzicami, traumatycznym dzieciństwem i pokazuje dramatyczną drogę, jaką przebyła do normalności i szczęścia.

Jeanette Winterson została adoptowana przez robotnika Johna Wintersona i urzędniczkę Constance. "Pani Winterson" - bo tak autorka nazywa swoją adopcyjną matkę - była kobietą zimną, brutalną, owładniętą religijną manią. Jak nietrudno się domyślić, ofiarą jej psychopatycznego charakteru była przede wszyskim Jeanette, która musiała bezwzględnie podporządkować się chorym zasadom. Historia dzieciństwa to właściwie zapis domowego szaleństwa, w którym dziewczynka usiłowała odnaleźć namiastkę ciepła, bezpieczeństwa, normalności. Bezskutecznie zresztą.

Ucieczką okazały się książki, które w domu były zakazane (a zakazane były wszystkie poza Biblią). To w nich Jeanette odnalazła świat, za którym tęskniła; przyjazny, bliski, otwarty. Literatura była wybawieniem i wskazówką, by żyć zgodnie z własnym przekonaniem i niezależnie od wszystkiego - być sobą. To ona pozwoliła przetrwać najgorszy moment w życiu dziewczyny, gdy w wieku szesnastu lat musiała odejść z rodzinnego domu i zamieszkać w samochodzie. Miłość do przyjaciółki okazała się być czymś, czego Pani Winterson nie chciała i nie potrafiła zaakceptować.

Ale, paradoksalnie, wszystko czego doświadczyła Joanette Winterson dorastając pozwoliło jej mocno stanąć na nogi i walczyć o prawo do spełnienia i szczęścia. Spełnieniem okazały się studia na uniwersytecie oksfordzkim, a oczyszczeniem debiutancka książka "Nie tylko pomarańcze...", w której pokazany jest dramat dziewczynki adoptowanej przez zielonoświątkowców. Książka, na poły autobiograficzna, okazała się literackim sukcesem i kolejnym, osobistym dramatem autorki. Niczym widmo wisi nad nią postać Pani Winterson, która nie potrafiła wybaczyć swojej "córce" przerwania zmowy milczenia.

W "Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?" pisarka idzie znacznie dalej, niż w "Nie tylko pomarańcze...". Tu wszystko dzieje się naprawdę, a Winterson bardzo otwarcie opowiada o tym, jak była bita, poniżana, niszczona psychicznie. Jaką krzywdę wyrządzili jej ludzie, którzy ją adoptowali. Pisze o swojej miłości do kobiet, udanych i mniej udanych zwiazkach, a wreszcie o poszukiwnaiu biologicznej rodziny. O tym, jak trudno było spotkać się z prawdziwą matką i skonfrontować z prawdą o tym, dlaczego została przez nią oddana.

Mocna to książka, porażająca swoją szczerością i bezkompromisowością. Takich autobiografii; niepolukrowanych, odważnych, emocjonalnych, życzyłabym sobie jak najwięcej. Ale do tego potrzeba talentu i charakteru na miarę Jeanette Winterson.

Jeanette Winterson "Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?", przełożyła Katarzyna Karnowska, Wydawnictwo Rebis, 2012 r.

niedziela, 4 listopada 2012

Małgorzata Kalicińska, Basia Grabowska "Irena"

To powieść napisana na dwa głosy: matki i córki. I fajnie, że rzeczywistość współgra tu z literaturą. Konflikt międzypokoleniowy jest w tej opowieści nieodłączną jej częścią i poznajemy go z pozycji obu kobiecych punktów widzenia. Pomostem między matką a córką jest tytułowa Irena, przyszywana babcia. Łagodzi obyczaje, uspokaja emocje i zachęca, by po książkę sięgnęło też starsze pokolenie kobiet. Dla nich także jest "Irena".  

Dorotę i Jagodę poznajemy w dramatycznym momencie;  umiera Feliks, mąż Ireny, ukochanej, przyszywanej babci. Na miejscu momentalnie jest Jagoda; trzydziestolatka, która robi karierę w korporacji. Odpowiedzialna, zdyscyplinowana, konkretna, zadaniowa. Dorota, jej matka, o wszystkim dowiaduje się, jak zwykle, za późno. Taka już ona jest; chaotyczna, impulsywna, niezorganizowana. Kompletne przeciwieństwo swojej córki.

I na tym kontraście charakterów i temperamentów zbudowana jest cała książka. Mamy chłodną emocjonalnie młodą kobietę, która nie akceptuje swojej szalonej matki i rozemocjonowaną Dorotę, która nie rozumie uczuciowego wycofania swojej córki. Schemat tego konfliktu jest dość prosty i oczywisty, ale - oddając sprawiedliwość autorkom - pokazany możliwie wnikliwie i wiarygodnie.

Jagoda i Dorota nie potrafią ze sobą rozmawiać, więc przychodzi moment, że przestają w ogóle rozmawiać. Nie akceptują nawzajem swojego życia. Jagoda tkwi w korporacji, której w głębi ducha nienawidzi. Ale rekompensuje to sobie stabilnością finansową i poczuciem, że "coś osiągnęła". Dorota, po utracie pracy, dość spontanicznie i w duchu artystycznym, prowadzi swój własny mały biznes. Jagoda jest samotna, Dorota uważa, że jednym z jej wiekszych życiowych sukcesów jest wieloletni związek z mężem.

Każda z kobiet ma swoje odrębne życie, a jednak wydaje się, że pępowina nie została do końca odcięta. A może po prostu pewne sprawy nie zostały wyjaśnione? Tajemnice i niedopowiedzenia są ważną częścią, jeśli nie istotą tego konfliktu. Mur milczenia zbudowany na sekretach nie tak łatwo zburzyć. Wydaje się to wręcz niemożliwe. I nic - jak się okazuje - nie jest takim, jakim się wydaje. Ale o wyjaśnienie wszystkiego zadba już Irena... Z całą swoją życiową mądrością, doświadczeniem i spokojem.

"Irena" to książka o kobietach i dla kobiet. Zresztą dla kilku pokoleń kobiet. Mnie zdecydowanie najbardziej przypadła do gustu część Jagody - czyli pewnie Basi Grabowskiej.  I nie chodzi tu o wiek, bo ja plasuję się gdzieś pośrodku między Kalicińską, a Grabowską. Chodzi o styl: prosty, dynamiczny. I dzieki temu jestem skłonna wybaczyć Małgorzacie Kalicińskiej jej "Dom nad Rozlewiskiem", który przyprawił mnie o ciarki swoją topornością. Okazuje się, że z własną córką można zrobić niezły interes... "Irena" jest dla mnie tego dowodem.

Gratuluję zgranego, choć z pewnością niedoskonałego duetu, w którym główne skrzypce gra córka. Małgorzacie Kalicińskiej dziękuję za wątki związane z tzw. medyczną profilaktyką. Literatura w służbie medycyny? Można i tak. Ale w tej książce jest też parę innych ważnych spraw.

Małgorzata Kalicińska, Basia Grabowska "Irena", Wydawnictwo W.A.B., 2012 r.

sobota, 3 listopada 2012

Alice Munro "Za kogo ty się uważasz?"

Siłą tej książki jest prostota, bezpretensjonalność, "czystość" formy i treści. O trudnych i całkowicie zwyczajnych sprawach Munro opowiada w sposób bardzo osobisty, szczery, bez jakichkolwiek formalnych udziwnień. Nie jest to proza "przegadana", a sprzyja temu krótka forma opowiadań. Można zacząć i skończyć tę książkę w dowolnym momencie, bez poczucia, że coś nam umknęło. Można przeczytać do końca i mieć poczucie, że to świetna powieść.

Książka Alice Munro zbudowana jest z opowiadań, które tworzą zwartą, fabularną całość. Ale każde z nich można też czytać jako odrębną historię. Ich łącznikiem jest Rose, którą poznajemy na poszczególnych etapach jej życia. Jest więc trudne dzieciństwo, pełne kompromisów wchodzenie w dorosłość, wreszcie poszukiwanie miłości i swojego miejsca w świecie. Tytułowe pytanie ma tu wiele znaczeń i pojawia się w różnych momentach życia bohaterki. Za każdym razem odpowiedź jest bardziej niż skomplikowana...

- Za kogo ty się uważasz? - pyta Rose jej macocha Flo. Prosta, wulgarna kobieta, pod której okiem przyszło dziewczynce dorastać. To pytanie zaczepne, prowakacyjne, właściwie oskarżycielskie. Rose jest zdolna, pracowita, dobrze się uczy. Jest więc inna. Wyróżnia się na tle otoczenia, w którym upływa jej dzieciństwo. I nienawidzi go całym sercem.

Kiedy wreszcie, dzięki własnej determinacji i zdolnościom, wyrywa się na studia do wielkiego miasta, także czuje się inna. Ale tu jej "inność" wynika z kompleksów, poczucia niższej wartości, chęci dorównania równieśnikom z "lepszych" domów. Kiedy na jej drodze pojawia się Patrick, student historii i syn właściciela sieci supermarketów, Rose zaczyna z nim flirtować. Trochę z przekory, trochę z ciekawości prowokuje chłopaka; choć ten jest nieporadny, mało interesujący i kompletnie jej nie pociąga. W końcu Patrick oświadcza się Rose, a ta, mimo że go nie kocha, ostatecznie te oświadczyny przyjmuje. Na palcu ma już pierścionek z brylantem, w jej rodzinnej wsi wszyscy uważają, że zrobiła zawrotną karierę, a sam Patrick budzi jej litość...

Piękny dom z drogą porcelaną, zapobiegliwy mąż z bogatym, rodzinnym zapleczem i ... wielka pustka. Rose zazdrośnie spogląda na swoich przyjaciół artystów, którzy nie mają grosza przy duszy, ale - jak się jej wydaje - żyją tak, jak ona zawsze pragnęła żyć. Tamci spoglądają natomiast na Rose z wyższością - "No bo za kogo ona się uważa?" - bogata, ustawiona, wolna od problemów.

10-letnie, burzliwe małżeństwo z Patrickiem kończy się rozwodem, a Rose znów poszukuje swojego miejsca w życiu. Jako artystka, matka, kochanka. I znów nic nie jest tak, jak być powinno. A obraz Rose w jej oczach i jego odbicie na zewnątrz to kompletnie różne obrazy... Kiedy wraca do rodzinnego domu, by opiekować się ciężko chorą Flo wydaje się, że mimo upływu wielu lat, czas się zatrzymał. A ona wciąż jest tą małą, zagubioną i pragnącą uciec na koniec świata Rose, która za "niewiadomokogo" się uważa...

Przeczytałam "Za kogo ty się uważasz?" w dwie noce i już ostrzę sobie zęby na inne książki Alice Munro, która nieprzypadkowo uchodzi za jedną z najlepszych kanadyjskich pisarek.

Alice Munro "Za kogo ty się uważasz?", Wydawnictwo W.A.B., 2012 r.

piątek, 2 listopada 2012

Wojciech Albiński "Kalahari"

Pełna kontrastowych barw, kulturowych sprzeczności, społecznych nierówności. Budząca silne emocje i ambiwalentne odczucia. Nieobojętna. Trudna. Wciągająca. Taka jest Afryka widziana oczami Wojciecha Albińskiego. Takiego portretu; mocnego, wyrazistego i najbardziej prawdziwego z możliwych nie zapomina się łatwo. I za to chylę czoło przed autorem.

Wojciech Albiński pokazuje Czarny Ląd przez krótkie, obyczajowe obrazy. Nie ma w nich miejsca na demagogię, polityczną poprawność, wielkie słowa. Są ludzie i ich historie. Proste, prawdziwe, przejmujące do szpiku kości. To dzięki nim, pojedynczym bohaterom, poznajemy świat, o którym tak naprawdę nie mamy pojęcia.

To świat, w którym choroby, mimo XXI wieku, są siłą, w obliczu której człowiek jest totalnie bezradny. To świat przemocy i przestępczości, z którymi nikt nawet nie próbuje walczyć na serio. To świat ogromnych różnic społecznych, w którym na przeciwległych biegunach mamy niewyobrażalny przepych i niespotykaną nigdzie indziej biedę. To wreszcie świat zabobonów, uprzedzeń rasowych, kompletnego braku poszanowania dla ludzkiego życia. To świat prosty i skomplikowany zarazem. I - jak się wydaje - niezmienny. Stały i niewzruszony w swoich najbardziej prymitywnych zasadach. Bezwzględny dla człowieka.

I jednocześnie piękny w swoim atawiźmie, pociągający, wciągający. Zachwycający nieokiełznaną przyrodą i siłami natury, które nim rządzą. Od których wszystko się zaczyna i na których wszystko się kończy. Jest w opowiadanich Albińskiego i zachwyt, i strach, czy rodzaj respektu dla Afryki. I wielki ukłon w stronę człowieka - tego, który w niej żyje, bo musi i tego, który świadomie wybrał ją jako swoje miejsce do życia. Albiński stoi z boku i przygląda się swoim bohaterom. Żadnego z nich nie ocenia; nawet jednym słowem nie próbuje ukierunkować naszej sympatii w żadnym kierunku. Po prostu patrzy.      

Szlachetny, stonowany język i rodzaj "dyskretnej" narracji sprawią, że czyta się "Kalahari" niczym piękną, a przy tym bardzą ludzką przypowieść o wielkiej sile natury i charyźmie człowieka. Tego pojedynczego, nad którym pochyla się Albiński i tego, który ma symboliczną twarz Afrykańczyka.  

Wojciech Albiński "Kalahari", Wydawnictwo W.A.B., 2012 r.

czwartek, 1 listopada 2012

Piotr Czerwiński „Pigułka wolności”

Inteligentna, ironiczna, gorzka i przewrotna. Taka jest „Pigułka wolności”, w której autor bezlitośnie rozprawia się z pokoleniem „lubię to” żyjącym w wirtualnym świecie portali społecznościowych. Świecie - dodajmy - sztucznym, nadmuchanym, bezmyślnym, iluzorycznym i niebezpiecznym.

„Na początku było słowo, a potem człowiek w nie kliknął. Tak to się zaczyna...” Tak zaczyna się powieść Piotra Czerwińskiego, której głównym bohaterem jest Aleksander Roleksy. Ma on „mimo pozornego zastoju, bardzo bogate życie”, a owo „bogactwo”, zważywszy na jego nieudacznictwo, sprowadza się wyłącznie do posiadanych profili na Facebooku, Naszej Klasie, Twitterze, itd., itd.

Pewnego dnia, trochę z nudów, a trochę dla żartu Roleksy tworzy na Facebooku absurdalne konto pod równie absurdalnym hasłem. Zapomina o nim równie szybko, jak je wymyślił, a tymczasem strona „Fart For Malawi” zaczyna żyć własnym życiem.

Tysiące użytkowników „lubią to”, a „klików” przybywa z każdym dniem. Roleksy staje się bohaterem sieci. W dodatku bohaterem przypadkowym, mimo woli i wbrew zdrowemu rozsądkowi. Ale, jak się okazuje, w świecie „klików” nie rządzą racjonalne zasady. Rządzi... no właśnie – co? Co tak naprawdę rządzi społecznością w siecią? Takie pytanie zadaje sobie Alex i nie znajduje w miarę mądrej odpowiedzi. Ale równocześnie wciąga się w tę grę, której czuje się kreatorem. Skoro każde jego najbardziej banalne słowo urasta do rangi życiowej mądrości w oczach społeczności, to przecież coś w tym musi być...   

Roleksy, niesiony na fali przedziwnej, wręcz histerycznej popularności, odnajduje się nie tylko w rolu duchowego przywódcy, ale także w roli idola kobiet. A te zasypują go dowodami uwielbienia. Szczególnie skuteczna okazuje się Ultra Maryna, która prowadzi Roleksa w coraz bardziej niebezpieczne rejony abstrakcji i megalomanii. A wszystko, choć cwane i wcale nie tak bezinteresowne pod sztandarem - a jakże - miłości...

"Pigułka wolności" bezpardonowo, choć w dość przewidywalny chwilami sposób rozprawia się z mediami elektronicznymi i społecznościami w sieci. Obnaża całą bezmyślność, głupotę, sztuczność i nietrwałość zjawisk wykreowanych przez  wirtualną popkulturę. I równocześnie pokazuje ich porażającą siłę. "Człowiek używający lewego klawisza, może dziś obracać w pył całe kontynenty i świętą niewinność milionów istot.  (...) To dzisiaj broń masowej zagłady." 

I nie sposób się z tym nie zgodzić. Polecam, bo w tej "Pigułce..." dostajemy mocno skondensowaną pigułkę współczesnego świata, który sami kreujemy. Mniej lub bardziej świadomie.

"Jak nie masz konta na Facebooku to nie istniejesz"

Czy rzeczywiście?
    
Piotr Czerwiński „Pigułka wolności”, Wydawnictwo Wielka Litera, 2012 r.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...