środa, 17 grudnia 2014

Christie Laume "Ostatnia miłość Edith Piaf"

Dzieliło ich wszystko; wiek, status społeczny i materialny, pochodzenie. Połączyła miłość; ostatnia miłość. O tym niezwykłym uczuciu, któremu nikt nie dawał szans, opowiada osoba, która najwierniej jej kibicowała. 

Theo Lamboukas jest młodym, przystojnym Grekiem, który marzy o karierze piosenkarza. Marzy też, żeby poznać słynną Edith Piaf i uczyć się u niej śpiewu. To drugie marzenie nieoczekiwanie się spełnia; spotkanie z gwiazdą szybko przeradza się w silną więź między uczniem, a mistrzem. Piaf uczy Theo, jak operować głosem, by porywać publiczność, a on jest jej bezgranicznie oddany.

Czy to miłość? Mało kto w to wierzy. Theo jest dwadzieścia lat młodszy od Edith i pragnie zrobić karierę. Ona ma pieniądze, sławę, kontakty. A jednak... Czułość, oddanie, zaangażowanie Theo - to wszystko powoli utwierdza otoczenie w przekonaniu, że może nie o interes tu chodzi. Na pewno w tę miłość wierzy siostra Theo, która kibicuje parze od pierwszych dni. To właśnie ona jest autorką książki, w której stara się krok po kroku odtworzyć historię tego związku; miłosnego, artystycznego, przyjacielskiego. Sama jest pod ogromnym wpływem Edith, przez jakiś czas mieszka nawet z bratem i artystką w jej paryskim domu.

Piaf chłonie dobrą energię z młodego greckiego rodzeństwa, sama dając z siebie, ile może. Uczy Christie śpiewu, dodaje pewności siebie, każe wierzyć w marzenia.  
 
W końcu spełnia się także marzenie Theo - zaczyna występować na scenie jako Theo Sarapo. Występują razem z Edith (po ślubie z Theo także Sarapo), a publiczność szaleje z zachwytu, gdy śpiewają o miłości. Są nierozłączni; w życiu i na scenie. To piękne, ale też trudne chwile. Edith jest chora, słaba, coraz częściej trafia do szpitala. Theo jest przy niej cały czas... Aż do śmierci. 

Tak ten związek zapamiętała Christie. Nawet jeśli go nieco wygładziła, wyidealizowała, to piękna wyszła z tego opowieść. Bardzo naturalna, bezpretensjonalna. Romans iście filmowy. Wszak całe życie Piaf było jak film.

Christie Laume "Ostatnia miłość Edith Piath", Marginesy, 2014 r.

niedziela, 14 grudnia 2014

Dobre książki pod choinkę 2014: Kurort Amnezja, Listy jak dotyk, Kwestja krwi

 
Kryminały, biografie, listy, dzienniki, albumy. Coś co lubię najbardziej i co sama chciałabym dostać pod choinkę. Dlatego polecam.
 

Gaja i Jacek Kuroniowie "Listy jak dotyk"

Historia pięknej miłości. W tle wielka polityka, wielka historia, a cała historia miłości niezwykłej pary Gaji i Jacka Kurowniów rozgrywa się w więzieniach; w więziennej konspiracji i korespondencji, przez długie lata. Tę książkę czyta się z wielkim wzruszeniem. Piękny, prawdziwy romans. Pisany listami, od początku tej miłości do jej końca. 

Anna Fryczkowska "Kurort Amnezja"

Fryczkowska w najlepszej formie. Bawi się formą, kombinuje, intryguje. A tak naprawdę chodzi o stare, dobrze nam znane emocje; zazdrość, miłość, nienawiść. W tle tajemnica. Zaczynasz czytać wieczorem, do rana nie zaśniesz.

Bernard Minier "Nie gaś światła"

Minier to mój ukochany autor kryminalnych powieści z pierwszej półki. Mistrz budowania napięcia. Mistrz kryminalnej pointy i pięknego stylu. Pisze długie, pokręcone książki,  które czyta się błyskawicznie. Nie trzeba lepszej rekomendacji.

Krzysztof Tomasik "Seksbomby PRL-u"

Chciałoby się więcej tych seks-bomb, ale książka wyszła z tego ładna. Tyszkiewicz, Jędrusik, Brylska, Figura. Fajnie się czyta, bo to kawał historii. Nie tylko kina, ale też PRL-u.  

Maja Sontag "Majubaju czyli żyrafy wychodzą z szafy"

Zachwyciła mnie ta książka, bo jest w niej wielka energia. Autorka rusza w świat i ciągnie za sobą innych. Odważnie, brawurowo, ale też tak zwyczajnie, mrugając do nas okiem; to jest na wyciągnięcie ręki. Ta książka kusi i porywa. Naprawdę.

Marcin Wroński "Kwestja krwi"

Znakomity kryminał mojego ulubionego pisarza Marcina Wrońskiego, który do tej pory specjalizował się w lubelskich zbrodniach w klimacie retro, a tym razem zajrzał do Zamościa. I to zajrzał ze świetnym skutkiem dla powieści i dla Czytelników. Niesamowity klimat przedwojennego Zamościa plus miłość i zbrodnia. Czego chcieć więcej? 
 

Marek Hłasko "Listy"

"Dramatyczna historia życia jednego z największych polskich pisarzy opowiedziana w listach. To więcej niż świadectwo. To fascynująca opowieść o miłości, przyjaźni, pisaniu i walce o własne miejsce w literaturze i świecie." - czytamy na okładce książki. I rzeczywiście dostajemy to wszystko w listach Marka Hłaski. A nawet dużo więcej.

Violetta Ozimkowski "Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki"

Wyprzedzała swoje czasy pod każdym względem. Ale to właśnie cecha rewolucjonistów, którzy chcą i potrafią zmieniać świat. Wisłocka ten świat – siermiężnego, pełnego zahamowani i stereotypów seksu Polaków - zmieniła na dobre. Jak jej się to udało? O tym jest właśnie ta książka; barwna, zaskakująca, szokująca. Cała Wisłocka.

Przemysław Semczuk "Magiczne dwudziestolecie"

To książka magiczna; także w sensie dosłownym. Do czytania, do oglądania i do refleksji. Piękna i zadziwiająca.  Ukłon w stronę autora za ogrom dokumentacyjnej pracy - książka jest prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat czasów, ludzi, wydarzeń zamkniętych w kręgu wirujących stolików, wróżb, przepowiedni...

Zygmunt Miłoszewski "Gniew"

Nie wiem, czy o gniew w tej książce chodzi, czy bardziej o bezsilność w obliczu przemocy; każdej przemocy. Nie zmienia to faktu, że ważny temat społeczny Miłoszewski ubrał w świetny kryminał, w którym i porządny trup musi być, i nie można doczekać się zakończenia.

sobota, 13 grudnia 2014

Alison Atlee "Miłość pisana na maszynie"

Lekko zadziorny, z feministycznym zacięciem, a przy tak klasyczny jak to tylko możliwe. Prawdziwy romans. Do tego purytańska Anglia wchodząca w szalony XX wiek. Czego chcieć więcej?
 
Zaczyna się jak u Hitchcoca - od trzęsienia ziemi. Skromna, ale ambitna maszynistka Elisabeth Dobson marząca o karierze urzędniczki musi nagle pożegnać się z posadą. Pożegnać to zresztą bardzo delikatnie powiedziane, gdyż dziewczyna  w atmosferze skandalu wylatuje z pracy. Bez referencji, za to z ciągnącą się za nią opinią "łatwej", skłonnej do romansów, sprytnej panny, zdolnej do wszystkiego, by osiągnąć swój cel. Rzeczywistość wygląda zgoła inaczej. To Betsey jest ofiarą; przebiegłego, interesownego partnera, przez którego traci pracę i swoich przełożonych. W dodatku nie ma grosza przy duszy i nie może już liczyć na rodzinę. 
Dziewczyna stawia wszystko na jedną kartę. Bez biletu, za to z kanarkiem w klatce, wyrusza w podróż po lepszą przyszłość. A ta ma być daleko od Londynu, w nadmorskiej miejscowości Idensea. Tu Betsey miała obiecaną nową posadę. Ale wszystko się zmieniło; dziewczyna nie ma świadectwa pracy, referencji, a jej przyjazd do miasta odbywa się w atmosferze lekkiego skandalu.
A jednak się udaje. Skromna maszynistka zostaje menedżerką wyjazdów turystycznych. I trudno tu mówić o przypadku; od początku sprzyja jej John Jones, inżynier, który także pracuje dla kurortu. Tych dwoje łączy początkowo praca, a z czasem... coś znacznie więcej. Emocje narastają z każdą stroną i jest to swoista sinusoida. Po każdym zdarzeniu które zbliża do siebie Betsey i Johna, następuje coś, co zdaje się przekreślać uczucie, które rodzi się między nimi. Niekorzystne zbiegi okoliczności, byli partnerzy, ludzka zawiść... Ale to tylko podnosi temperaturę opowieści, która konsekwentnie zmierza w jednym kierunku. Tu musi być happy end! 
Ale w tym klasycznym romansie ważna jest tyleż miłość, co klimat społeczno-obyczajowy, w którym autorka osadziła swoją opowieść. A także jej bohaterka; charyzmatyczna, niepokorna, wyłamująca się ze schematu angielskiej damy XIX wieku. Taka kobieta jak Betsey; żyjąca pod prąd, walcząca o swoją pozycję w pracy i związku nie ma łatwego życia. I musi mieć godnego siebie partnera - a o takiego w tym czasie i miejscu naprawdę trudno.
W świecie pokazanym przez Alison Atlee rządzą schematy i uprzedzenia. Rządzą mężczyźni. Trzeba niezwykłej siły charakteru i osobowości, by będąc kobietą coś w tym świecie osiągnąć; samej, bez pomocy mężczyzn. W "Miłości pisanej na maszynie" ów feministyczny element wyraźnie jest podkreślony - z korzyścią dla fabuły, która przestaje być wyłącznie ładną historią miłośną, a staje się ciekawą opowieścią obyczajową. I dlatego polecam z pełnym przekonaniem.
 
Alison Atlee "Miłość pisana na maszynie", PWN, 2014 r.

niedziela, 7 grudnia 2014

Przemysław Semczuk "Magiczne dwudziestolecie"

To książka magiczna; także w sensie dosłownym. Do czytania, do oglądania i do refleksji. Piękna i zadziwiająca. 

Wszystko zaczęło się w Europie w IXX wieku od wirujących stolików. "Seanse spirytystyczne urządzano niemal wszędzie. W domach bogatych i biednych. W miastach i na wsi. Stoły, wprawiane w ruch jakąś magiczną siłą, podskakiwały, stukały nogami, kręciły się, a nawet unosiły w powietrzu." - pisze w "Magicznym dwudziestoleciu" Przemysław Semczuk.

Moda na stoliki, które zachwycały i przerażały, dotarła także na warszawskie salony, a potem do Krakowa. I na nic zdały się protesty kościelnych hierarchów. "Stolikowego szaleństwa nie dało się jednak zatrzymać. Po Krakowie przyszła pora na Lwów. I tu w towarzystwie rozpoczęto eksperymentowanie ze stolikami." - pisze Semczuk.

Księża nie szczędzili stolikom gromów, a te znajdowały coraz większe grono wiernych wyznawców. Do stolików zasiadali m.in. poeci: Zygmunt Krasiński i Adam Mickiewicz. Zaś środowisko naukowe podzieliło się na entuzjastów i zagorzałych krytyków zjawiska. Co tylko świadczy o tym, jak ważną odegrało ono rolę w tamtych czasach; było nie tylko chwilową modą, ale kulturowym i społecznym wyznacznikiem pewnej epoki.

Spirytyzm, okultyzm, parapsychologia, ezoteryzm to zjawiska, których rozkwit nastąpił właśnie w okresie II Rzeczpospolitej. Znudzenie, niezdrowa ciekawość, naiwność? Co pchało światłych, wykształconych ludzi do kontaktu z duchami i siłami nadprzyrodzonymi? Dość powiedzieć, że w seansach spirytystycznych brał udział Marszałek Józef Piłsudski  - duchy nawiedzały Marszałka nawet w Belwederze, a seanse spirytystyczne urządzano także na froncie. Regularnie odbywały się one także w najsłynniejszych polskich salonach lekarzy, prawników, wojskowych, naukowców, malarzy, pisarzy.

Rosła sława i wpływy mediów, jasnowidzów, badaczy zjawisk nadprzyrodzonych.  Tu pojawiają się nazwiska, którym autor książki poświęcił najwięcej miejsca; jasnowidza Stefana Ossowieckiego i profesora Juliana Ochorowicza. I słusznie, gdyż ich historie to swego rodzaju symbol tamtych czasów; magicznych, niezwykle klimatycznych, do dziś nie do końca zrozumiałych. "Magiczne dwudziestolecie" doskonale ten klimat oddaje. I  - tu ukłon w stronę autora za ogrom dokumentacyjnej pracy - jest prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat czasów, ludzi, wydarzeń zamkniętych w kręgu wirujących stolików, wróżb, przepowiedni... Magiczna, pięknie wydana książka.

Przemysław Semczuk "Magiczne dwudziestolecie", P.W.N., 2014 r.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Anna Fryczkowska: Kiedy piszę, mam władzę nad czytelniczką

Anna Fryczkowska, autorka „Kurortu Amnezja”, w rozmowie z Marcinem Wilkiem o półżywych bohaterkach, zabawie podczas pracy, Adamie i Ewie oraz o własnym pokoju.

Marcin Wilk: Zastanawiam się, jak właściwie doszło do napisania „Kurortu Amnezja”. Chodzi mi o pierwszy obraz – co tam było?

Anna Fryczkowska: Dziewczyna patrzy w lustro i nie poznaje swojej twarzy. Co gorsza: twarz, którą widzi, wcale jej się nie podoba. A jeszcze gorzej, że zaraz ma przyjechać do niej narzeczony, którego ona się boi. Może dlatego, że go prawie nie zna. Nie ma jednak nikogo bliższego. A może ma? Bo wszystko, co ta dziewczyna wie o świecie, o sobie samej, dociera do niej za pośrednictwem owego narzeczonego. Ale czy to prawda? Kim ona jest naprawdę? Nie ma pojęcia, bo pamięta tylko ostatnie dwa miesiące. Zapomniała, kim była, co robiła przed wypadkiem. Zapomniała nawet, co lubiła. Od tego właśnie zaczęła się ta książka.

A skąd pomysł na Brzegi? Próbowałem odszukać je w Googlach, ale znalazłem tylko Brzegi niedaleko Krakowa. Czy te Brzegi z książki istnieją w rzeczywistości?

Brzegi to miejsce pomiędzy Rowami, Łebą, Dębkami i paroma jeszcze innymi kurortami nadmorskimi, które w lutym pozostają w stanie półżycia. Nawet Sopot nabiera wtedy szarawej cery zombie. Półżywe miasteczko, a w nim półżywe bohaterki. Jedna półżywa, bo właśnie owdowiała. Druga – bo umarła cała jej pamięć.

Podczas czytania balansowałem pomiędzy dobrą zabawą (tropienie użytych konwencji) a przerażeniem związanym z tajemnicą.

O, tak, z radością bawiłam się w „Kurorcie Amnezja” miksowaniem różnych popkulturowych tropów. Bo sama amnezja to przecież ulubiony chwyt z telenoweli. Małe miasteczko, do którego przyjeżdża osoba owładnięta myślą o zemście – western. Odludne wydmy, uroczysko, sąsiedztwo pełne dziwnych lokatorów – powieść gotycka. Tanatos i Eros – konik Freuda, który lubił przeciwstawiać destrukcję popędowi życia. W tym duchu chciałam więc zrównoważyć dużą liczbę realistycznie opisanych zwłok jakąś dosadną sceną erotyczną. Co ciekawe, cielesność seksu okazała się dla wielu czytelników bardziej bulwersująca niż cielesność śmierci.

 
Często ciekawiło mnie, czy Autorka wiedziała od początku, jak ta historia się potoczy. A może to jest tak, że różne tropy uwodzą podczas pisania i bohaterki uciekają, idąc w niespodziewaną stronę?

Jako dziecko nie umiałam uwierzyć, że naprawdę będę miała tylko jedno życie. Na szczęście trochę przed tym uciekłam – mam tyle żyć, ile sobie wymyślę w książkach. Z pasją więc rzucam bohaterkom kłody pod nogi, podsuwam im lub zabieram ludzi, dodaję im bolesnych wspomnień, mnożę traumy, odbieram pamięć, pokrzepiam obecnością zwierzaka – i patrzę, jak sobie poradzą. Czasem się zastanawiam, czy Bóg (Bogini?) – tam, na górze – nie zabawia się z nami w podobny sposób.

Tu muszę nieco doprecyzować poprzednie pytanie o bohaterów. Autorka drąży nurtującą wielu kwestię zła i przemocy. Zwłaszcza w wykonaniu kobiecym. Kusi, by spytać, jak kulturowa płeć determinuje społeczną stronę tego fascynującego zjawiska, jakim jest „przemoc” czy „zemsta”? 

Przemoc – jak wszystko, co zwyczajowo przypisuje się mężczyznom – staje się ostatnio również domeną kobiet. A świat szczęśliwie nie jest dwubiegunowy: ani czarno-biały, ani kobieco-męski, tylko składa się z różnych odcieni szarości. Zajmuję się analizowaniem tych odcieni. Kobieta od wieków była w literaturze – mam tu na myśli głównie literaturę popularną zdobyczą, pokusą, nagrodą, łupem, ofiarą. Mężczyzna zdobywał, bronił, karał. A ja lubię zamieniać te role. Czasy się zmieniają, ale powoli; natomiast we wszechświecie, który tworzę, sama panuję nad tempem zmian.
 
A w ogóle – to pytanie z serii pytań warsztatowych – czy Fryczkowska–autorka nawiązuje relacje ze swoimi bohaterami/bohaterkami? Dyskutuje z nimi podczas pisania, dyscyplinuje je, czy są one po prostu wykonawczyniami pewnych z góry narzuconych założeń?

Zawsze wiem, skąd, dokąd i którędy idę z fabułą. Wiadomo jednak, że na kurczowym trzymaniu się zasad przejechało się już wiele osób – nie tylko w literaturze, ale i w życiu. Zdarza się, że bohaterka ma lepszy pomysł na siebie, niż planowałam. Jestem również scenarzystką, bawi mnie więc umieszczanie w tekście tak zwanych suspensów – zawieszeń, które zmuszają do dalszego czytania. Kiedy piszę, mam władzę nad czytelniczką: Nie, jeszcze nie odłożysz książki. Jeszcze nie. Zarwiesz tę noc.

Interesują mnie relacje między bohaterkami a bohaterami. Oraz pojęcie władzy. Czy kreśląc perypetie swoich bohaterek, dużo myślałaś w tych właśnie kategoriach – genderowo, społecznie i kulturowo naznaczonych? 

Wszyscy tak myślimy. Społeczeństwo wyraźnie daje do zrozumienia, czego wymaga od kobiety, czego od mężczyzny, czego od dziecka, a czego od starca, czego od prezesa wielkiej korporacji, a czego od policjanta (od policjantki tego samego, co od policjanta, tylko powinna jeszcze ładnie wyglądać, najlepiej w butach na słupku). Zastanawianie się nad rolami, w które zostaliśmy wtłoczeni, to ciekawa rozrywka. Czy musimy iść drogą, którą nam wyznaczono? A jeśli można inaczej? Czy inaczej oznacza lepiej? Zawsze jednak warto zmienić koleiny, w które nas wtłoczono. Przynajmniej w myśleniu.

Czy autorka thrillerów psychologicznych w ogóle czyta thrillery psychologiczne? A może inspiruje się też filmami? 

Przez pierwszą książeczkę (taką chudziutką, z serii „Poczytaj mi, mamo”) przebrnęłam samodzielnie w wieku czterech lat, a potem już poszło z górki. Czytam dużo, nie ograniczam gatunków, bywa i poezja, bywa kryminał, bywa literatura wyższa, popularnonaukowa; ostatnio grasuję w klimatach neowiktoriańskich („Czerwony płatek” i „biały” Fabera; Sarah Waters). A jeśli chodzi o thrillery psychologiczne podbarwione kryminałem, to na szczycie mojej listy rezydują ostatnio Kate Atkinson, Karin Fossum, Denise Mina. Z Polek – Joanna Jodełka, mistrzyni pokrętnej psychologii, i Gaja Grzegorzewska, świetna w zabawie motywami z popkultury. Ale że popkultura to zbieranina splątana w jednym wielkim grupenseksie, większy chyba jeszcze wpływ mają na mnie serialowe opowieści. „Breaking Bad”, „Detektyw”, „Fargo”, „Luther”, „Tajemnice Lake Top”. Tak chciałabym opowiadać – nieoczywiście, ale dobitnie…

Z książki nie wynika jednoznacznie, że pamięć to coś OK. Zastanawiam się, czy nie przeceniamy jej roli – przecież ona jest tyleż zbawienna, co blokuje czasem swobodę ruchów w życiu. Jaki właściwie masz pogląd w tej sprawie? 

Pogląd w tej sprawie opisałam na czterystu stronach „Kurortu Amnezja”. Ale jeśli miałabym się skracać: to, co boli, jednocześnie nas formuje. Cierpienie jest ceną świadomości. Ta myśl początkami sięga do opowieści o Adamie i Ewie. Lepiej wiedzieć więcej, pamiętać więcej, czy może mniej, ale siedzieć w raju? Ewa z Adamem wybrali za nas. To dar czy ciężar? 
 
To dobry moment, by wrócić do pytań genderowych. Jak oceniasz sytuację kobiety (bohaterek) na rynku współczesnej powieści obyczajowo-kryminalnej?

Rynek czytelniczy to przede wszystkim kobiety, pisarze to w większości pisarki. Natomiast krytycy oraz autorzy nagradzanych powieści to przede wszystkim mężczyźni. Czy kobiety piszą gorzej? Nie. Kobiety piszą więcej, więc jest z czego wybierać. Natomiast są mniej doceniane. Czy kobiety piszą inaczej niż mężczyźni? Czy to, że krytycy–mężczyźni rzadko recenzują powieści pisane przez kobiety, jest kwestią zastosowanej przez autorki poetyki, problematyki czy też żeńskim brzmieniem nazwiska na okładce? I dlaczego niektórym paniom się wydaje, że gdy napiszą na okładce „mocna, męska proza”, to jest to komplement? Na ile „mocna, kobieca proza” brzmi gorzej? Nie mam odpowiedzi na te pytania, ale pytania też są twórcze. 

Czy Fryczkowska–autorka jest kobietą właściwie docenianą? Ma „własny pokój” do pisania, spokój gwarantowany przez otoczenie? Może się zajmować teraz tylko tym, co lubi i kocha? (O ile lubi i kocha). 

Jakiś czas temu najemcy opuścili naszą kawalerkę. Zrujnowali ją totalnie, więc – już po remoncie – czekam z wynajmem, aż wróci zaufanie. Na razie co rano chodzę tam z laptopem. Cztery gołe białe ściany. Stół na kółkach. Krzesło. Ekspres do kawy. Sprzęt muzyczny i parę płyt. Natomiast nie ma internetu. Nie ma pokus. Nic nie ma. Poza poczuciem tymczasowości, które czyni czas tam spędzany tym cenniejszym. Jako zwierzę terytorialne, okupuję również nasz domowy gabineto-salon, z kilkoma tysiącami książek na półkach, z dwoma kotami na kanapie, psem pod biurkiem, kultowym fotelem RM58, o którym marzyłam od czasu, gdy zobaczyłam go na wystawie Rzeczy Pospolite w Muzeum Narodowym w Warszawie, z obrazami mojego męża i mojej córki, z biurkiem wielkości lotniska w Modlinie, na którym piętrzą się stosy prasy, książek, płyt DVD. Tak, mam tam spokój. Ale najlepsze pomysły rodzą się wtedy, gdy spokój zostaje zakłócony. Syci i szczęśliwi nie mają o czym pisać.
Rozmawiał Marcin Wilk
Fot. Monika Motor
Źródło: materiały prasowe Prószyński i S-ka

czwartek, 13 listopada 2014

"Wierność. Wspomnienia o Zbigniewie Herbercie", opracowanie Anna Romaniuk

„To było prawdziwe piekło, z którego wydobywał się w sposób bohaterski, ale z coraz większym trudem. I coraz rzadziej mógł tworzyć, bo pisanie nie było możliwe ani w depresji, ani w stanach podwyższonego nastroju."
W tej książce najważniejsza jest całość – jak zaznacza na wstępie Anna Romaniuk – a tę tworzą odrębne, zupełnie autonomiczne historie-wspomnienia – rodziny, przyjaciół, poetów, bliższych i dalszych znajomych wyjątkowego człowieka i poety. Część z nich została zebrana na potrzeby tej książki, większość pochodzi z wcześniej opublikowanych materiałów. Z nich wyłania się postać Zbigniewa Herberta – człowieka i artysty tak pełnego sprzeczności, niedoskonałości i doskonałości, jak to tylko jest możliwe.

O Herbercie opowiadają jego najbliżsi – siostra, żona, ukochana Halina. To najbardziej osobiste, intymne wspomnienia, w których jest miejsce i na gloryfikację, i na bezkompromisową ocenę.

Herbert nie był ideałem pod żadnym względem - to na pewno. Ale uwodził ludzi swoistym wdziękiem, nieśmiałością, wybitną przy tym inteligencją i swoistym dystansem do świata. Był przy tym - co ciekawe - egocentrykiem, bezwzględnie skupionym na sobie, wiernym wyłącznie sobie i swojej twórczości.

Kobiety miały do niego słabość - taki był bezradny, zagubiony, nieśmiały. Halina Misiołkowa zostawiła dla Herberta męża – ten zostawił ją rok później dla swojej przyszłej żony Katarzyny. Ale o Halinie nie zapomniał nigdy – podobnie jak ona o nim. Taki właśnie był: zniewalający, nie dający o sobie zapomnieć.

Sam został zniewolony ciężką chorobą, która zdeterminowała jego życie.
„To było prawdziwe piekło, z którego wydobywał się w sposób bohaterski, ale z coraz większym trudem. I coraz rzadziej mógł tworzyć, bo pisanie nie było możliwe ani w depresji, ani w stanach podwyższonego nastroju – wspomina Katarzyna Herbertowa.
Herbert – wybitny poeta, utalentowany wrażliwiec, dowcipny mężczyzna, wierny towarzysz wszelkich zabaw. Takim zapamiętali go przyjaciele-poeci; Julia Hartwig, Adam Zagajewski i wielu innych. Zapamiętali go wiernie, bo o kimś takim po prostu trudno zapomnieć.

„Wierność. Wspomnienia o Zbigniewie Herbercie”, opracowała Anna Romaniuk, PWN

piątek, 31 października 2014

Katarzyna Puzyńska "Więcej czerwieni"

Katarzyna Puzyńska zaintrygowała mnie debiutanckim "Motylkiem", a w "Więcej czerwieni" potwierdziła, że w kwestii dobrych kryminalnych historii ma coś do powiedzenia. O tej autorce i jej książkach jeszcze nie raz usłyszymy.

Akcja "Więcej czerwieni", podobnie jak "Motylka" rozgrywa się w Lipowie - niewielkiej wsi na Mazurach. Letnią, sielską atmosferę przerywają morderstwa dwóch młodych dziewczyn: Kózki i Śmieszki.

Oba morderstwa są wyjątkowo brutalne, wygląda na to, że to nieprzypadkowe zbrodnie. Śledztwo prowadzi młodszy aspirant Daniel Podgórski i komisarz Klementyna Kopp. Tej ostatniej autorka poświęca sporo miejsca i uwagi. Bazując na jej słabościach, czy wręcz dziwactwach, tworzy portret ciekawy, nietuzinkowy, buduje prawdziwą literacką osobowość. Jakby w opozycji mamy Podgórskiego - niby fajnego faceta, ale jakoś pogubionego w życiu.

Tych dwoje absolutnie różnych od siebie ludzi (a jednak coś tam ich łączy;)) musi rozwikłać trudną, kryminalną zagadkę. Trudną, bo uwikłaną w sieć lokalnych powiązań, interesów, intryg. Poznajemy drugie oblicze tego, na pozór, zwyczajnego świata. Śledztwo pokazuje, że ani sielskie Lipowo, ani ofiary zbrodni nie są takie, jak się nam na początku wydawało. Wchodzimy w kolejne, coraz bardziej mroczne klimaty - im bardziej prowincjonalne, tym bardziej niebezpieczne. I coraz bardziej oddalamy się od rozwikłania zagadki, która zatacza coraz szersze kręgi.

Dobrze zbudowana fabuła, mocni bohaterowie, którzy pociągną kolejne kryminały rodem z Lipowa, dystans, autoironia, logika. Tyle mogę powiedzieć o "Więcej czerwieni" Katarzyny Puzyńskiej - autorce, która wie co, dla kogo i dlaczego pisze. Zaskoczy nas jeszcze nie raz, tego jestem pewna.

Katarzyna Puzyńska "Więcej czerwieni", Prószyński i S-ka, 2014 r.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
stat4u