poniedziałek, 17 listopada 2014

Anna Fryczkowska: Kiedy piszę, mam władzę nad czytelniczką

Anna Fryczkowska, autorka „Kurortu Amnezja”, w rozmowie z Marcinem Wilkiem o półżywych bohaterkach, zabawie podczas pracy, Adamie i Ewie oraz o własnym pokoju.

Marcin Wilk: Zastanawiam się, jak właściwie doszło do napisania „Kurortu Amnezja”. Chodzi mi o pierwszy obraz – co tam było?

Anna Fryczkowska: Dziewczyna patrzy w lustro i nie poznaje swojej twarzy. Co gorsza: twarz, którą widzi, wcale jej się nie podoba. A jeszcze gorzej, że zaraz ma przyjechać do niej narzeczony, którego ona się boi. Może dlatego, że go prawie nie zna. Nie ma jednak nikogo bliższego. A może ma? Bo wszystko, co ta dziewczyna wie o świecie, o sobie samej, dociera do niej za pośrednictwem owego narzeczonego. Ale czy to prawda? Kim ona jest naprawdę? Nie ma pojęcia, bo pamięta tylko ostatnie dwa miesiące. Zapomniała, kim była, co robiła przed wypadkiem. Zapomniała nawet, co lubiła. Od tego właśnie zaczęła się ta książka.

A skąd pomysł na Brzegi? Próbowałem odszukać je w Googlach, ale znalazłem tylko Brzegi niedaleko Krakowa. Czy te Brzegi z książki istnieją w rzeczywistości?

Brzegi to miejsce pomiędzy Rowami, Łebą, Dębkami i paroma jeszcze innymi kurortami nadmorskimi, które w lutym pozostają w stanie półżycia. Nawet Sopot nabiera wtedy szarawej cery zombie. Półżywe miasteczko, a w nim półżywe bohaterki. Jedna półżywa, bo właśnie owdowiała. Druga – bo umarła cała jej pamięć.

Podczas czytania balansowałem pomiędzy dobrą zabawą (tropienie użytych konwencji) a przerażeniem związanym z tajemnicą.

O, tak, z radością bawiłam się w „Kurorcie Amnezja” miksowaniem różnych popkulturowych tropów. Bo sama amnezja to przecież ulubiony chwyt z telenoweli. Małe miasteczko, do którego przyjeżdża osoba owładnięta myślą o zemście – western. Odludne wydmy, uroczysko, sąsiedztwo pełne dziwnych lokatorów – powieść gotycka. Tanatos i Eros – konik Freuda, który lubił przeciwstawiać destrukcję popędowi życia. W tym duchu chciałam więc zrównoważyć dużą liczbę realistycznie opisanych zwłok jakąś dosadną sceną erotyczną. Co ciekawe, cielesność seksu okazała się dla wielu czytelników bardziej bulwersująca niż cielesność śmierci.

 
Często ciekawiło mnie, czy Autorka wiedziała od początku, jak ta historia się potoczy. A może to jest tak, że różne tropy uwodzą podczas pisania i bohaterki uciekają, idąc w niespodziewaną stronę?

Jako dziecko nie umiałam uwierzyć, że naprawdę będę miała tylko jedno życie. Na szczęście trochę przed tym uciekłam – mam tyle żyć, ile sobie wymyślę w książkach. Z pasją więc rzucam bohaterkom kłody pod nogi, podsuwam im lub zabieram ludzi, dodaję im bolesnych wspomnień, mnożę traumy, odbieram pamięć, pokrzepiam obecnością zwierzaka – i patrzę, jak sobie poradzą. Czasem się zastanawiam, czy Bóg (Bogini?) – tam, na górze – nie zabawia się z nami w podobny sposób.

Tu muszę nieco doprecyzować poprzednie pytanie o bohaterów. Autorka drąży nurtującą wielu kwestię zła i przemocy. Zwłaszcza w wykonaniu kobiecym. Kusi, by spytać, jak kulturowa płeć determinuje społeczną stronę tego fascynującego zjawiska, jakim jest „przemoc” czy „zemsta”? 

Przemoc – jak wszystko, co zwyczajowo przypisuje się mężczyznom – staje się ostatnio również domeną kobiet. A świat szczęśliwie nie jest dwubiegunowy: ani czarno-biały, ani kobieco-męski, tylko składa się z różnych odcieni szarości. Zajmuję się analizowaniem tych odcieni. Kobieta od wieków była w literaturze – mam tu na myśli głównie literaturę popularną zdobyczą, pokusą, nagrodą, łupem, ofiarą. Mężczyzna zdobywał, bronił, karał. A ja lubię zamieniać te role. Czasy się zmieniają, ale powoli; natomiast we wszechświecie, który tworzę, sama panuję nad tempem zmian.
 
A w ogóle – to pytanie z serii pytań warsztatowych – czy Fryczkowska–autorka nawiązuje relacje ze swoimi bohaterami/bohaterkami? Dyskutuje z nimi podczas pisania, dyscyplinuje je, czy są one po prostu wykonawczyniami pewnych z góry narzuconych założeń?

Zawsze wiem, skąd, dokąd i którędy idę z fabułą. Wiadomo jednak, że na kurczowym trzymaniu się zasad przejechało się już wiele osób – nie tylko w literaturze, ale i w życiu. Zdarza się, że bohaterka ma lepszy pomysł na siebie, niż planowałam. Jestem również scenarzystką, bawi mnie więc umieszczanie w tekście tak zwanych suspensów – zawieszeń, które zmuszają do dalszego czytania. Kiedy piszę, mam władzę nad czytelniczką: Nie, jeszcze nie odłożysz książki. Jeszcze nie. Zarwiesz tę noc.

Interesują mnie relacje między bohaterkami a bohaterami. Oraz pojęcie władzy. Czy kreśląc perypetie swoich bohaterek, dużo myślałaś w tych właśnie kategoriach – genderowo, społecznie i kulturowo naznaczonych? 

Wszyscy tak myślimy. Społeczeństwo wyraźnie daje do zrozumienia, czego wymaga od kobiety, czego od mężczyzny, czego od dziecka, a czego od starca, czego od prezesa wielkiej korporacji, a czego od policjanta (od policjantki tego samego, co od policjanta, tylko powinna jeszcze ładnie wyglądać, najlepiej w butach na słupku). Zastanawianie się nad rolami, w które zostaliśmy wtłoczeni, to ciekawa rozrywka. Czy musimy iść drogą, którą nam wyznaczono? A jeśli można inaczej? Czy inaczej oznacza lepiej? Zawsze jednak warto zmienić koleiny, w które nas wtłoczono. Przynajmniej w myśleniu.

Czy autorka thrillerów psychologicznych w ogóle czyta thrillery psychologiczne? A może inspiruje się też filmami? 

Przez pierwszą książeczkę (taką chudziutką, z serii „Poczytaj mi, mamo”) przebrnęłam samodzielnie w wieku czterech lat, a potem już poszło z górki. Czytam dużo, nie ograniczam gatunków, bywa i poezja, bywa kryminał, bywa literatura wyższa, popularnonaukowa; ostatnio grasuję w klimatach neowiktoriańskich („Czerwony płatek” i „biały” Fabera; Sarah Waters). A jeśli chodzi o thrillery psychologiczne podbarwione kryminałem, to na szczycie mojej listy rezydują ostatnio Kate Atkinson, Karin Fossum, Denise Mina. Z Polek – Joanna Jodełka, mistrzyni pokrętnej psychologii, i Gaja Grzegorzewska, świetna w zabawie motywami z popkultury. Ale że popkultura to zbieranina splątana w jednym wielkim grupenseksie, większy chyba jeszcze wpływ mają na mnie serialowe opowieści. „Breaking Bad”, „Detektyw”, „Fargo”, „Luther”, „Tajemnice Lake Top”. Tak chciałabym opowiadać – nieoczywiście, ale dobitnie…

Z książki nie wynika jednoznacznie, że pamięć to coś OK. Zastanawiam się, czy nie przeceniamy jej roli – przecież ona jest tyleż zbawienna, co blokuje czasem swobodę ruchów w życiu. Jaki właściwie masz pogląd w tej sprawie? 

Pogląd w tej sprawie opisałam na czterystu stronach „Kurortu Amnezja”. Ale jeśli miałabym się skracać: to, co boli, jednocześnie nas formuje. Cierpienie jest ceną świadomości. Ta myśl początkami sięga do opowieści o Adamie i Ewie. Lepiej wiedzieć więcej, pamiętać więcej, czy może mniej, ale siedzieć w raju? Ewa z Adamem wybrali za nas. To dar czy ciężar? 
 
To dobry moment, by wrócić do pytań genderowych. Jak oceniasz sytuację kobiety (bohaterek) na rynku współczesnej powieści obyczajowo-kryminalnej?

Rynek czytelniczy to przede wszystkim kobiety, pisarze to w większości pisarki. Natomiast krytycy oraz autorzy nagradzanych powieści to przede wszystkim mężczyźni. Czy kobiety piszą gorzej? Nie. Kobiety piszą więcej, więc jest z czego wybierać. Natomiast są mniej doceniane. Czy kobiety piszą inaczej niż mężczyźni? Czy to, że krytycy–mężczyźni rzadko recenzują powieści pisane przez kobiety, jest kwestią zastosowanej przez autorki poetyki, problematyki czy też żeńskim brzmieniem nazwiska na okładce? I dlaczego niektórym paniom się wydaje, że gdy napiszą na okładce „mocna, męska proza”, to jest to komplement? Na ile „mocna, kobieca proza” brzmi gorzej? Nie mam odpowiedzi na te pytania, ale pytania też są twórcze. 

Czy Fryczkowska–autorka jest kobietą właściwie docenianą? Ma „własny pokój” do pisania, spokój gwarantowany przez otoczenie? Może się zajmować teraz tylko tym, co lubi i kocha? (O ile lubi i kocha). 

Jakiś czas temu najemcy opuścili naszą kawalerkę. Zrujnowali ją totalnie, więc – już po remoncie – czekam z wynajmem, aż wróci zaufanie. Na razie co rano chodzę tam z laptopem. Cztery gołe białe ściany. Stół na kółkach. Krzesło. Ekspres do kawy. Sprzęt muzyczny i parę płyt. Natomiast nie ma internetu. Nie ma pokus. Nic nie ma. Poza poczuciem tymczasowości, które czyni czas tam spędzany tym cenniejszym. Jako zwierzę terytorialne, okupuję również nasz domowy gabineto-salon, z kilkoma tysiącami książek na półkach, z dwoma kotami na kanapie, psem pod biurkiem, kultowym fotelem RM58, o którym marzyłam od czasu, gdy zobaczyłam go na wystawie Rzeczy Pospolite w Muzeum Narodowym w Warszawie, z obrazami mojego męża i mojej córki, z biurkiem wielkości lotniska w Modlinie, na którym piętrzą się stosy prasy, książek, płyt DVD. Tak, mam tam spokój. Ale najlepsze pomysły rodzą się wtedy, gdy spokój zostaje zakłócony. Syci i szczęśliwi nie mają o czym pisać.
Rozmawiał Marcin Wilk
Fot. Monika Motor
Źródło: materiały prasowe Prószyński i S-ka

czwartek, 13 listopada 2014

"Wierność. Wspomnienia o Zbigniewie Herbercie", opracowanie Anna Romaniuk

„To było prawdziwe piekło, z którego wydobywał się w sposób bohaterski, ale z coraz większym trudem. I coraz rzadziej mógł tworzyć, bo pisanie nie było możliwe ani w depresji, ani w stanach podwyższonego nastroju."
W tej książce najważniejsza jest całość – jak zaznacza na wstępie Anna Romaniuk – a tę tworzą odrębne, zupełnie autonomiczne historie-wspomnienia – rodziny, przyjaciół, poetów, bliższych i dalszych znajomych wyjątkowego człowieka i poety. Część z nich została zebrana na potrzeby tej książki, większość pochodzi z wcześniej opublikowanych materiałów. Z nich wyłania się postać Zbigniewa Herberta – człowieka i artysty tak pełnego sprzeczności, niedoskonałości i doskonałości, jak to tylko jest możliwe.

O Herbercie opowiadają jego najbliżsi – siostra, żona, ukochana Halina. To najbardziej osobiste, intymne wspomnienia, w których jest miejsce i na gloryfikację, i na bezkompromisową ocenę.

Herbert nie był ideałem pod żadnym względem - to na pewno. Ale uwodził ludzi swoistym wdziękiem, nieśmiałością, wybitną przy tym inteligencją i swoistym dystansem do świata. Był przy tym - co ciekawe - egocentrykiem, bezwzględnie skupionym na sobie, wiernym wyłącznie sobie i swojej twórczości.

Kobiety miały do niego słabość - taki był bezradny, zagubiony, nieśmiały. Halina Misiołkowa zostawiła dla Herberta męża – ten zostawił ją rok później dla swojej przyszłej żony Katarzyny. Ale o Halinie nie zapomniał nigdy – podobnie jak ona o nim. Taki właśnie był: zniewalający, nie dający o sobie zapomnieć.

Sam został zniewolony ciężką chorobą, która zdeterminowała jego życie.
„To było prawdziwe piekło, z którego wydobywał się w sposób bohaterski, ale z coraz większym trudem. I coraz rzadziej mógł tworzyć, bo pisanie nie było możliwe ani w depresji, ani w stanach podwyższonego nastroju – wspomina Katarzyna Herbertowa.
Herbert – wybitny poeta, utalentowany wrażliwiec, dowcipny mężczyzna, wierny towarzysz wszelkich zabaw. Takim zapamiętali go przyjaciele-poeci; Julia Hartwig, Adam Zagajewski i wielu innych. Zapamiętali go wiernie, bo o kimś takim po prostu trudno zapomnieć.

„Wierność. Wspomnienia o Zbigniewie Herbercie”, opracowała Anna Romaniuk, PWN

piątek, 31 października 2014

Katarzyna Puzyńska "Więcej czerwieni"

Katarzyna Puzyńska zaintrygowała mnie debiutanckim "Motylkiem", a w "Więcej czerwieni" potwierdziła, że w kwestii dobrych kryminalnych historii ma coś do powiedzenia. O tej autorce i jej książkach jeszcze nie raz usłyszymy.

Akcja "Więcej czerwieni", podobnie jak "Motylka" rozgrywa się w Lipowie - niewielkiej wsi na Mazurach. Letnią, sielską atmosferę przerywają morderstwa dwóch młodych dziewczyn: Kózki i Śmieszki.

Oba morderstwa są wyjątkowo brutalne, wygląda na to, że to nieprzypadkowe zbrodnie. Śledztwo prowadzi młodszy aspirant Daniel Podgórski i komisarz Klementyna Kopp. Tej ostatniej autorka poświęca sporo miejsca i uwagi. Bazując na jej słabościach, czy wręcz dziwactwach, tworzy portret ciekawy, nietuzinkowy, buduje prawdziwą literacką osobowość. Jakby w opozycji mamy Podgórskiego - niby fajnego faceta, ale jakoś pogubionego w życiu.

Tych dwoje absolutnie różnych od siebie ludzi (a jednak coś tam ich łączy;)) musi rozwikłać trudną, kryminalną zagadkę. Trudną, bo uwikłaną w sieć lokalnych powiązań, interesów, intryg. Poznajemy drugie oblicze tego, na pozór, zwyczajnego świata. Śledztwo pokazuje, że ani sielskie Lipowo, ani ofiary zbrodni nie są takie, jak się nam na początku wydawało. Wchodzimy w kolejne, coraz bardziej mroczne klimaty - im bardziej prowincjonalne, tym bardziej niebezpieczne. I coraz bardziej oddalamy się od rozwikłania zagadki, która zatacza coraz szersze kręgi.

Dobrze zbudowana fabuła, mocni bohaterowie, którzy pociągną kolejne kryminały rodem z Lipowa, dystans, autoironia, logika. Tyle mogę powiedzieć o "Więcej czerwieni" Katarzyny Puzyńskiej - autorce, która wie co, dla kogo i dlaczego pisze. Zaskoczy nas jeszcze nie raz, tego jestem pewna.

Katarzyna Puzyńska "Więcej czerwieni", Prószyński i S-ka, 2014 r.

sobota, 25 października 2014

Zygmunt Miłoszewski "Gniew"

Nie wiem, czy o gniew w tej książce chodzi, czy bardziej o bezsilność w obliczu przemocy; każdej przemocy. Nie zmienia to faktu, że ważny temat społeczny Miłoszewski ubrał w świetny kryminał, w którym i porządny trup musi być, i nie można doczekać się zakończenia.

Po Sandomierzu (odsyłam do znakomitego "Ziarna prawdy") przyszła pora na Olsztyn. Zimny, jesienny, ponury. Nudny i prowincjonalny. W takich oto okolicznościach przyrody prokurator Teodor Szacki układa sobie życie zawodowe (prokuratura mieści się naprzeciwko jego domu) i prywatne - z nową partnerką i nastoletnią córką z pierwszego związku. Jakoś to wszystko miałkie, nieciekawe, przewidywalne... Do czasu. Z jesiennej apatii Szackiego wyrywa nietypowe śledztwo. Oto w starym poniemieckim bunkrze odnaleziono szkielet, który - jak się szybko okazuje - wcale nie pochodzi z czasów wojny, ale.... zaledwie sprzed kilku dni. A w dodatku jest sprytnie zestawiony z kości różnego pochodzenia.

Prokurator Szacki czuje, że w końcu dostał sprawę na swoją miarę. I angażuje się w nią na sto procent. Lekceważąc przy tym zgłoszenia "mniejszego kalibru", co zresztą srodze się na nim zemści. Tymczasem to, co miało być trudnym, ale ciekawym śledztwem szybko nabiera bardzo osobistego wymiaru. Szacki staje do nierównej walki - przede wszystkim z czasem, który decyduje o życiu lub śmierci. A czytelnik aż przebiera nogami, żeby ten wyścig wreszcie się skończył. Choć zakończenie - muszę was zmartwić - nie przyniesie oczekiwanej ulgi. Raczej gniew, że nie tak to miało być...

W Olsztynie na pisarza chyba nikt się nie pogniewa - niestety, ze stratą dla jego książki. Nikt też nie wyruszy tropem prokuratora Szackiego, tak jak to się dzieje w Sandomierzu (czekam na premierę filmu!), bo Olsztyn w "Gniewie" jest szary, smutny i nie zachęca do niczego, a już na pewno nie do tego, by go bliżej poznać. W końcu dzieją się tu za zamkniętymi drzwiami rzeczy, o których nikt nie chce wiedzieć, nikt nie chce słyszeć... O których robi się głośno dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii. Albo nigdy. Za to jednak, że Miłoszewskiemu chciało się w tym niewygodnym temacie przemocy szeroko rozumianej zanurzyć - z korzyścią zresztą dla całej fabuły - wielki szacunek.

Zygmunt Miłoszewski "Gniew", W.A.B., 2014 r.

czwartek, 23 października 2014

Barbara Kosmowska "Gorzko"

"Gorzko" jest gorzkie. Dobitne, przejmujące do szpiku kości. Bezlitosne w swoim rozrachunku z życiem. Ta książka nie uznaje kompromisów; tak jak bezkompromisowe jest życie jej bohaterek. W każdej z nich można odnaleźć siebie - choć to nie jest miłe.

Teresa Koper jest ambitna, odważna, "nigdy nie ogląda się za siebie". Jej przepustką do marzeń mają być studia w wielkim mieście. Nowe życie, z daleka od tego wszystkiego, co ją przytłacza, dusi, tłamsi; z daleka od rodziny i przeszłości.

Razem z Teresą na szczęście w wielkim mieście liczą Lidka i Lucyna. To trochę takie współczesne "Dziewczęta z Nowolipek" (to pierwsze skojarzenie wciąż mnie nie opuszcza) . Pełne naiwnych nadziei, poszukujące miłości za wszelką cenę, będące  łatwym łupem w swojej prostolinijności obleczonej skorupą twardości i hardości. W zderzeniu z tzw. prawdziwym życiem - bezradne, poturbowane, z otwartymi ranami.

Ta historia nie ma happy endu. Nie ma nagłych zwrotów akcji, które nagle odmieniają los bohaterek. Jest po prostu życie. Zwykłe życie; pokręcone, niejednoznaczne, trudne. Chwilami banalnie i boleśnie przewidywalne. Dlatego ta opowieść jest gorzka - bo tak bardzo prawdziwa.

Barbara Kosmowska pisze nie tylko pięknym językiem, ale przede wszystkim pisze mądrze. Pisze o kobietach, dla kobiet, ale - co istotne - nie idzie na kompromisy i wyrywa kobiety z ich strefy komfortu. Konfrontuje z życiem; z rodziną, przeszłością, marzeniami, złudzeniami.

Po świetnej i także gorzkiej "Ukraince" ta książka potwierdza, że Kosmowska ma styl, literacką klasę i - wbrew wszelkim modom - idzie swoją drogą. Dobrą drogą.

Barbara Kosmowska "Gorzko", W.A.B., 2014 r.

wtorek, 23 września 2014

Małgorzata Warda "Miasto z lodu"

To że Małgorzata Warda pisze prosto, pięknie i dobitnie - wiem nie od dziś. To że potrafi zabrać czytelnika w swój świat; opresyjny, niejednoznaczny - też nie jest dla mnie tajemnicą. Ale znowu dałam się wciągnąć w tę grę emocji, która prowadzi w niezbadane i niebezpieczne rejony. I nigdy nie wiadomo, jak się to wszystko skończy.

"Miasto z lodu" to opowieść o matce i córce. Matka (Teresa) jest piękna, nieobliczalna, szalona. Córka (Agata) jest rozsądna, nad wiek dojrzała, zamknięta w sobie. Obie wyruszają w podróż, która ma być bramą do ich nowego życia. To nowe życie nie załatwia żadnych problemów z przeszłości, natomiast mnoży nowe. Na wierzch wychodzi prawda stara jak świat - nie uciekniemy od swoich traum, niedoskonałości, wreszcie - od siebie samych.

Teresa jest chora - ciężko chora. I tu Warda nieoczekiwanie, ale też mocno dotyka tematu chorób psychicznych - tematu, który w Polsce wciąż jest tabu.  to mimochodem, ale jednak na tyle dobitnie, by to zapamiętać. I docenić; dziękuję i doceniam.

A teraz o samej fabule. Teresa bierze leki, albo ich nie bierze... Jeśli ich nie bierze, świat jej i jej córki Agaty wywraca się do góry nogami. Tak obie wędrują przez życie; piękne, inteligentne, ambitne, pokiereszowane przez świat... Szalona to podróż, nieprzewidywalna, chwilami niebezpieczna. W końcu trafiają do małego górskiego miasteczka, które ma dać im spokój, wytchnienie, a daje coś zupełnie innego. Cierpienie, niepokój, w końcu doprowadza do tragedii.

Autorka szuka odpowiedzialnych za dramat w najbliższym otoczeniu bohaterek. Ale "Miasto z lodu" to nie jest opowieść o złych, głupich ludziach z prowincji, którzy nie akceptują tego, czego nie rozumieją. To opowieść o nas; bezpiecznych w swoim wyobrażeniu świata, wygodnych w jego widzeniu. To trochę niewygodna książka, bo jakoś nas uwiera, coś tam porusza, nie daje zasnąć. Burzy nasz spokój, każe pomyśleć.

Przeczytajcie, bo warto. Bo nie zapomnicie o niej szybko. Dobra, polska proza.

Małgorzata Warda "Miasto z lodu", Prószyński S-ka, 2014 r.

czwartek, 31 lipca 2014

Dobre książki na wakacje - "Toskania dla początkujących", "Do zobaczenia w Barcelonie", "Rzymskie zauroczenie"

Toskania, Barcelona, Rzym, Grecja... Wszystko w lekkim, romansowym nastroju, czyli coś co podczas wakacji sprawdza się najlepiej. Plus piękne krajobrazy, pyszna kuchnia i pełny luz. Książki wyłącznie na wakacje, a najlepiej zabrać je ze sobą na urlop. Tak zawsze robię - biorę ze sobą książkę o tym miejscu, w które akurat jadę.

"Na szczęście jesteś w Toskanii" Jennifer Criswell

Jennifer zamienia zabiegany Nowy Jork na spokojne toskańskie Montepulciano. To tu chce odnaleźć szczęście. I choć nie jest łatwo żyć w obcym kraju, to wie, że wszystko co dobre, jeszcze przed nią. Zabawna i wzruszająca opowieść o podążaniu za marzeniami.
 
"Do zobaczenia w Barcelonie" Anna B. Kann      
 
Na kursie flamenco Ewa poznaje przystojnego Hiszpana Paco. Jest tak szczęśliwa, że zapomina nawet o romansie męża. Jednak na drodze do miłości staje przyjaciółka Ewy - Marta. Losy bohaterów splatają się w pięknej Barcelonie. Dla każdego wakacje te są czasem rozmyślań, co tak naprawdę daje im szczęście...




"Pod błękitnym greckim niebem" Jennifer Barclay
Po niezbyt udanym związku, Jennifer wyjeżdża do słonecznej Grecji. Tańczy zorbę, podróżuje, zdobywa przyjaciół... Wraz z bohaterką poczujesz śródziemnomorską atmosferę, ciepły wiatr, szum morza i zapach tamtejszej kuchni.




"Rzymskie zauroczenie. Niecodzienne zapiski blondyna, który chciał poczuć się w Rzymie jak w domu" Martin Zoller
Spełnia się sen Martina o pięknej Italii: życiu w Rzymie, słonecznych dniach, najlepszym cappuccino... Choć mówi płynnie po włosku i żyje jak miejscowi, zawsze traktowany jest jak turysta. Poznajcie perypetie blondyna wśród brunetów, ukochaną Elisę i jej wielką włoską rodzinę.


"Toskania dla początkujących" Imogen Edwards-Jones

Belinda ma dość swojego dotychczasowego życia. Postanawia wyjechać do Toskanii. Otwiera mały, uroczy hotel wśród słoneczników i gai oliwnych. Konkurencja jednak czai się za rogiem. Ale od czego ma się włoskich przyjaciół! Książka pełna zabawnych historii. Dzięki niej zasmakujecie również w toskańskiej kuchni!
 
 
 
*opisy książek od wydawcy

"Na szczęście jesteś w Toskanii" Jennifer Criswell, "Do zobaczenia w Barcelonie" Anna B. Kann, "Pod błękitnym greckim niebem" Jennifer Barclay, "Rzymskie zauroczenie" Martin Zoller, "Toskania dla początkujących" Imogen Edwards-Jones, Wydawnictwo Pascal, 2014 r.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
stat4u