sobota, 25 października 2014

Zygmunt Miłoszewski "Gniew"

Nie wiem, czy o gniew w tej książce chodzi, czy bardziej o bezsilność w obliczu przemocy; każdej przemocy. Nie zmienia to faktu, że ważny temat społeczny Miłoszewski ubrał w świetny kryminał, w którym i porządny trup musi być, i nie można doczekać się zakończenia.

Po Sandomierzu (odsyłam do znakomitego "Ziarna prawdy") przyszła pora na Olsztyn. Zimny, jesienny, ponury. Nudny i prowincjonalny. W takich oto okolicznościach przyrody prokurator Teodor Szacki układa sobie życie zawodowe (prokuratura mieści się naprzeciwko jego domu) i prywatne - z nową partnerką i nastoletnią córką z pierwszego związku. Jakoś to wszystko miałkie, nieciekawe, przewidywalne... Do czasu. Z jesiennej apatii Szackiego wyrywa nietypowe śledztwo. Oto w starym poniemieckim bunkrze odnaleziono szkielet, który - jak się szybko okazuje - wcale nie pochodzi z czasów wojny, ale.... zaledwie sprzed kilku dni. A w dodatku jest sprytnie zestawiony z kości różnego pochodzenia.

Prokurator Szacki czuje, że w końcu dostał sprawę na swoją miarę. I angażuje się w nią na sto procent. Lekceważąc przy tym zgłoszenia "mniejszego kalibru", co zresztą srodze się na nim zemści. Tymczasem to, co miało być trudnym, ale ciekawym śledztwem szybko nabiera bardzo osobistego wymiaru. Szacki staje do nierównej walki - przede wszystkim z czasem, który decyduje o życiu lub śmierci. A czytelnik aż przebiera nogami, żeby ten wyścig wreszcie się skończył. Choć zakończenie - muszę was zmartwić - nie przyniesie oczekiwanej ulgi. Raczej gniew, że nie tak to miało być...

W Olsztynie na pisarza chyba nikt się nie pogniewa - niestety, ze stratą dla jego książki. Nikt też nie wyruszy tropem prokuratora Szackiego, tak jak to się dzieje w Sandomierzu (czekam na premierę filmu!), bo Olsztyn w "Gniewie" jest szary, smutny i nie zachęca do niczego, a już na pewno nie do tego, by go bliżej poznać. W końcu dzieją się tu za zamkniętymi drzwiami rzeczy, o których nikt nie chce wiedzieć, nikt nie chce słyszeć... O których robi się głośno dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii. Albo nigdy. Za to jednak, że Miłoszewskiemu chciało się w tym niewygodnym temacie przemocy szeroko rozumianej zanurzyć - z korzyścią zresztą dla całej fabuły - wielki szacunek.

Zygmunt Miłoszewski "Gniew", W.A.B., 2014 r.

czwartek, 23 października 2014

Barbara Kosmowska "Gorzko"

"Gorzko" jest gorzkie. Dobitne, przejmujące do szpiku kości. Bezlitosne w swoim rozrachunku z życiem. Ta książka nie uznaje kompromisów; tak jak bezkompromisowe jest życie jej bohaterek. W każdej z nich można odnaleźć siebie - choć to nie jest miłe.

Teresa Koper jest ambitna, odważna, "nigdy nie ogląda się za siebie". Jej przepustką do marzeń mają być studia w wielkim mieście. Nowe życie, z daleka od tego wszystkiego, co ją przytłacza, dusi, tłamsi; z daleka od rodziny i przeszłości.

Razem z Teresą na szczęście w wielkim mieście liczą Lidka i Lucyna. To trochę takie współczesne "Dziewczęta z Nowolipek" (to pierwsze skojarzenie wciąż mnie nie opuszcza) . Pełne naiwnych nadziei, poszukujące miłości za wszelką cenę, będące w swojej prostolinijności obleczonej skorupą twardości i hardości łatwym łupem. W zderzeniu z tzw. prawdziwym życiem - bezradne, poturbowane, z otwartymi ranami.

Ta historia nie ma happy endu. Nie ma nagłych zwrotów akcji, które nagle odmieniają los bohaterek. Jest po prostu życie. Zwykłe życie; pokręcone, niejednoznaczne, trudne. Chwilami banalnie i boleśnie przewidywalne. Dlatego ta opowieść jest gorzka - bo tak bardzo prawdziwa.

Barbara Kosmowska pisze nie tylko pięknym językiem, ale przede wszystkim pisze mądrze. Pisze o kobietach, dla kobiet, ale - co istotne - nie idzie na kompromisy i wyrywa kobiety z ich strefy komfortu. Konfrontuje z życiem; z rodziną, przeszłością, marzeniami, złudzeniami.

Po świetnej i także gorzkiej "Ukraince" ta książka potwierdza, że Kosmowska ma styl, literacką klasę i - wbrew wszelkim modom - idzie swoją drogą. Dobrą drogą.

Barbara Kosmowska "Gorzko", W.A.B., 2014 r.

wtorek, 23 września 2014

Małgorzata Warda "Miasto z lodu"

To że Małgorzata Warda pisze prosto, pięknie i dobitnie - wiem nie od dziś. To że potrafi zabrać czytelnika w swój świat; opresyjny, niejednoznaczny - też nie jest dla mnie tajemnicą. Ale znowu dałam się wciągnąć w tę grę emocji, która prowadzi w niezbadane i niebezpieczne rejony. I nigdy nie wiadomo, jak się to wszystko skończy.

"Miasto z lodu" to opowieść o matce i córce. Matka (Teresa) jest piękna, nieobliczalna, szalona. Córka (Agata) jest rozsądna, nad wiek dojrzała, zamknięta w sobie. Obie wyruszają w podróż, która ma być bramą do ich nowego życia. To nowe życie nie załatwia żadnych problemów z przeszłości, natomiast mnoży nowe. Na wierzch wychodzi prawda stara jak świat - nie uciekniemy od swoich traum, niedoskonałości, wreszcie - od siebie samych.

Teresa jest chora - ciężko chora. I tu Warda nieoczekiwanie, ale też mocno dotyka tematu chorób psychicznych - tematu, który w Polsce wciąż jest tabu.  to mimochodem, ale jednak na tyle dobitnie, by to zapamiętać. I docenić; dziękuję i doceniam.

A teraz o samej fabule. Teresa bierze leki, albo ich nie bierze... Jeśli ich nie bierze, świat jej i jej córki Agaty wywraca się do góry nogami. Tak obie wędrują przez życie; piękne, inteligentne, ambitne, pokiereszowane przez świat... Szalona to podróż, nieprzewidywalna, chwilami niebezpieczna. W końcu trafiają do małego górskiego miasteczka, które ma dać im spokój, wytchnienie, a daje coś zupełnie innego. Cierpienie, niepokój, w końcu doprowadza do tragedii.

Autorka szuka odpowiedzialnych za dramat w najbliższym otoczeniu bohaterek. Ale "Miasto z lodu" to nie jest opowieść o złych, głupich ludziach z prowincji, którzy nie akceptują tego, czego nie rozumieją. To opowieść o nas; bezpiecznych w swoim wyobrażeniu świata, wygodnych w jego widzeniu. To trochę niewygodna książka, bo jakoś nas uwiera, coś tam porusza, nie daje zasnąć. Burzy nasz spokój, każe pomyśleć.

Przeczytajcie, bo warto. Bo nie zapomnicie o niej szybko. Dobra, polska proza.

Małgorzata Warda "Miasto z lodu", Prószyński S-ka, 2014 r.

czwartek, 31 lipca 2014

Dobre książki na wakacje - "Toskania dla początkujących", "Do zobaczenia w Barcelonie", "Rzymskie zauroczenie"

Toskania, Barcelona, Rzym, Grecja... Wszystko w lekkim, romansowym nastroju, czyli coś co podczas wakacji sprawdza się najlepiej. Plus piękne krajobrazy, pyszna kuchnia i pełny luz. Książki wyłącznie na wakacje, a najlepiej zabrać je ze sobą na urlop. Tak zawsze robię - biorę ze sobą książkę o tym miejscu, w które akurat jadę.

"Na szczęście jesteś w Toskanii" Jennifer Criswell

Jennifer zamienia zabiegany Nowy Jork na spokojne toskańskie Montepulciano. To tu chce odnaleźć szczęście. I choć nie jest łatwo żyć w obcym kraju, to wie, że wszystko co dobre, jeszcze przed nią. Zabawna i wzruszająca opowieść o podążaniu za marzeniami.
 
"Do zobaczenia w Barcelonie" Anna B. Kann      
 
Na kursie flamenco Ewa poznaje przystojnego Hiszpana Paco. Jest tak szczęśliwa, że zapomina nawet o romansie męża. Jednak na drodze do miłości staje przyjaciółka Ewy - Marta. Losy bohaterów splatają się w pięknej Barcelonie. Dla każdego wakacje te są czasem rozmyślań, co tak naprawdę daje im szczęście...




"Pod błękitnym greckim niebem" Jennifer Barclay
Po niezbyt udanym związku, Jennifer wyjeżdża do słonecznej Grecji. Tańczy zorbę, podróżuje, zdobywa przyjaciół... Wraz z bohaterką poczujesz śródziemnomorską atmosferę, ciepły wiatr, szum morza i zapach tamtejszej kuchni.




"Rzymskie zauroczenie. Niecodzienne zapiski blondyna, który chciał poczuć się w Rzymie jak w domu" Martin Zoller
Spełnia się sen Martina o pięknej Italii: życiu w Rzymie, słonecznych dniach, najlepszym cappuccino... Choć mówi płynnie po włosku i żyje jak miejscowi, zawsze traktowany jest jak turysta. Poznajcie perypetie blondyna wśród brunetów, ukochaną Elisę i jej wielką włoską rodzinę.


"Toskania dla początkujących" Imogen Edwards-Jones

Belinda ma dość swojego dotychczasowego życia. Postanawia wyjechać do Toskanii. Otwiera mały, uroczy hotel wśród słoneczników i gai oliwnych. Konkurencja jednak czai się za rogiem. Ale od czego ma się włoskich przyjaciół! Książka pełna zabawnych historii. Dzięki niej zasmakujecie również w toskańskiej kuchni!
 
 
 
*opisy książek od wydawcy

"Na szczęście jesteś w Toskanii" Jennifer Criswell, "Do zobaczenia w Barcelonie" Anna B. Kann, "Pod błękitnym greckim niebem" Jennifer Barclay, "Rzymskie zauroczenie" Martin Zoller, "Toskania dla początkujących" Imogen Edwards-Jones, Wydawnictwo Pascal, 2014 r.

poniedziałek, 26 maja 2014

Anna Fryczkowska "Z grubsza Wenus"

"Z grubsza Wenus" to popis świetnej znajomości kobiecej psychiki i rodzaj gorzkiej refleksji na temat dzisiejszych czasów. Książka do śmiechu i do łez - jak kto woli, albo w jakiej akurat jest życiowej sytuacji. Niby-lekka literatura, ale wcale nie lekkiego kalibru.

Anna Fryczkowska ma styl, wyobraźnię, życiowe doświadczenie i po prostu potrafi pisać. To dzisiaj, moim zdaniem, jedna z najzdolniejszych polskich pisarek. Po świetnych opowiadaniach wydanych w niszowym wydawnictwie i brawurowym kryminale "Starsza pani wnika" czekałam na jej kolejną książkę. I doczekałam się.

"Z grubsza Wenus" zaskakuje, bo okazuje się, że Fryczkowska przerabia,  czy poprawia swoją pierwszą książkę "Straszne historie o otyłości i pożądaniu". Ale robi to znakomicie, w świetnym stylu. Grubsza i mądrzejsza książka - pisze autorka. Coś w tym jest.

Na odchudzających wczasach, spotykają się Baśka i Janina. Obie pragną schudnąć, by coś w życiu uzyskać/odroczyć/wywalczyć. By sobie same ze sobą poradzić, by poradzić sobie z życiem. Baśka jest chuda i chce być jeszcze chudsza. Janina jest gruba i niekoniecznie chce być chudsza... choć wie, że powinna. Baśka ma ewidentnie problem z własną samooceną, pragnie podobać się mężowi. Janina nie do końca wie, czego chce i dlaczego, ale w cieniu jest także mąż, no i dodatkowo ważna praca.

Dwa różne charaktery, odmienne życiowe doświadczenia. A jednak ostateczna motywacja jest ta sama: zmienić się (dla kogoś), zmienić swoje życie. A życie płata figle. Wcale nie prowadzi jedną, prostą drogą. I taką pokrętną ścieżką prowadzi nas autorka. Pokazuje, jak łatwo wpaść w pułapkę własnych wyobrażeń, lęków, uprzedzeń. Jak wpaść we własne sidła, które są wyłącznie projekcją własnych lęków.

Anna Fryczkowska jest mistrzynią dowcipu, suspensu, a o kobietach wie więcej niż tabun mężczyzn. Dlatego ta książka (choć może nie dobra jak "Starsza pani wnika") spodoba się czytelniczkom - tego jestem pewna. Życiowa, autoironiczna, dobrze napisana.

Jakoś mam wrażenie, że najlepsza książka Fryczkowskiej wciąż przed nią. Bo sprzyja talent, wrażliwość, doświadczenie... Nie mam wielkich wymagań. Nazwisko Anna Fryczkowska będzie już dla mnie wystarczającą marką.  Przeczytam i kryminał, i romans. Wiem, że nie usnę z nudów, wiem, że to będzie dobra polska, literatura.

Anna Fryczkowska "Z grubsza Wenus", Prószyński i S-ka

piątek, 21 marca 2014

PM Nowak "Na pokuszenie"

PM Nowak jest mistrzem w konstruowaniu kryminalnych łamigłówek. Udowodnił to w swojej debiutanckiej powieści „Ani żadnej rzeczy", a potwierdził w najnowszej książce „Na pokuszenie". Polecam, bo to świetna polska proza.
 
Dwie główne role autor oddał, tradycyjnie już, komisarzowi Jackowi Zakrzeńskiemu i prokuratorowi Kacprowi Wilkowi. Ten pierwszy to typ raczej zblazowany oraz gruboskórny - i to właśnie on będzie wodzony na tytułowe pokuszenie. Natomiast Wilk to postać tyleż ekscentryczna, co zdecydowanie niedzisiejsza – i osobiście żałuję, że tym razem Nowak nie dał się jej wykazać.
 
Obaj panowie mają do rozwikłania ciekawą i zarazem nietypową zagadkę. Podczas posiedzenia zarządu dużej spółki deweloperskiej zostaje otruty dyrektor finansowy. Nie ma wątpliwości, że sprawcą może być wyłącznie jedna z osób, która brała udział w tym posiedzeniu. Ale odpowiedź na pytanie kto zabił, okazuje się dużo trudniejsza, niż początkowo się wydawało. Tym bardziej, że wkrótce ginie kolejna osoba z zarządu spółki.
 
Zakrzeński rzuca się w wir śledztwa z wrodzoną sobie energią i pewnością siebie. Wilk zaś prowadzi skomplikowane procesy myślowe, które na pozór donikąd nie prowadzą i tylko – zdaniem Zakrzeńskiego – komplikują sprawę. Ale tylko kombinacja tych dwóch, tak różnych, osobowości i sposobów pracy, gwarantuje odkrycie zabójcy i przy okazji ciekawą lekturę. Doskonała intryga, bohaterowie z charakterem i najwyższej klasy język opowieści – to znaki firmowe tego kryminału. 
 
PM Nowak „Na pokuszenie", Czarna Owca, 2014 r.

czwartek, 27 lutego 2014

Jennifer Teege "Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił"

Ta książka - jak żadna inna - pokazuje przewrotność i perfidię losu. Kim, tak naprawdę, jestem? Kim byłabym, gdybym znała swoje korzenie, swoją rodzinę i jej mroczną tajemnicę? Takie pytania zadaje sobie autorka tej niezwykłej opowieści. Opowieści o historii, przeznaczeniu, roli przypadku w naszym życiu. I o konfrontacji z przeszłością i prawdą, która może być nie do udźwignięcia.

To historia godna najlepszego scenariusza filmowego. A napisało ją samo życie. Jennifer Teege, mając 38 lat, przypadkiem odkryła, że jest wnuczką Amona Götha, jednego z najbardziej okrutnych i bezwzględnych hitlerowskich zbrodniarzy. Göth, komendant obozu koncentracyjnego w Płaszowie, miał na sumieniu tysiące ofiar. W zadawaniu cierpienia i skazywaniu na śmierć, głównie żydowskich dzieci i kobiet, wydawał się odnajdować osobistą, sadystyczną przyjemność... A równocześnie był przykładnym ojcem i mężem.

Teege odkryła tę mroczną historię przypadkiem - już jako dorosła kobieta. Matką Jennifer była Monika Göth, córka nazisty, a jej ojcem Nigeryjczyk. Ciemnoskóra dziewczyna o wyraźnych afrykańskich rysach wychowywała się w rodzinie zastępczej, studiowała w Izraelu, tam zostawiła wielu przyjaciół. Przypadkowa wizyta w bibliotece w Hamburgu sprawiła, że życie Jennifer wywróciło się do góry nogami. Zerkając do jednej z książek zauważyła, że nosi to samo nazwisko, co córka hitlerowskiego zbrodniarza doskonale znanego z "Listy Schindlera". Kobieta, której życie układało się dotąd spokojnie, nagle musiała skonfrontować się z mroczną przeszłością, stawiającą pod znakiem zapytania jej tożsamość, wartości, korzenie. Wszystko, co było istotą jej dotychczasowego życia.

Jennifer odważnie stawia czoło temu wyzwaniu. Po latach spotyka się z matką i wraz  dziennikarką Nikolą Sellmair śledzi losy swojej rodziny. Jedzie do Polski, do Izraela, szuka prawdy o swoich korzeniach. Prawdy, która pomoże jej zrozumieć przeszłość. Ale to bardzo trudna konfrontacja, bolesna. Bo jak wytłumaczyć bestialstwo własnego dziadka, nieme przyzwolenie babki na jego zbrodniczą działalność? Jak zrozumieć i zaakceptować to, że było się porzuconym dzieckiem? Jak pogodzić swoje pochodzenie z doświadczeniem i obecnym życiem: wartościami, poglądami,  przyjaźniami? Są rzeczy nie do pogodzenia i nie do zaakceptowania. A jednak należy przynajmniej próbować zrozumieć. I o tym także jest ta książka; trudna, niejednoznaczna, bolesna. Napisało ją życie.  


Jennifer Teege, Nikola Sellmair "Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił", Prószyński i S-ka, 2014 r.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
stat4u