środa, 17 grudnia 2014

Christie Laume "Ostatnia miłość Edith Piaf"


Dzieliło ich wszystko; wiek, status społeczny i materialny, pochodzenie. Połączyła miłość; ostatnia miłość. O tym niezwykłym uczuciu, któremu nikt nie dawał szans, opowiada osoba, która najwierniej mu kibicowała. 

Theo Lamboukas jest młodym, przystojnym Grekiem, który marzy o karierze piosenkarza. Marzy też, żeby poznać słynną Edith Piaf i uczyć się u niej śpiewu. To drugie marzenie nieoczekiwanie się spełnia; spotkanie z gwiazdą szybko przeradza się w silną więź między uczniem, a mistrzem. Piaf uczy Theo, jak operować głosem, by porywać publiczność, a on jest jej bezgranicznie oddany.

Czy to miłość? Mało kto w to wierzy. Theo jest dwadzieścia lat młodszy od Edith i pragnie zrobić karierę. Ona ma pieniądze, sławę, kontakty. A jednak... Czułość, oddanie, zaangażowanie Theo - to wszystko powoli utwierdza otoczenie w przekonaniu, że może nie o interes tu chodzi. Na pewno w tę miłość wierzy siostra Theo, która kibicuje parze od pierwszych dni. To właśnie ona jest autorką książki, w której stara się krok po kroku odtworzyć historię tego związku; miłosnego, artystycznego, przyjacielskiego. Sama jest pod ogromnym wpływem Edith, przez jakiś czas mieszka nawet z bratem i artystką w jej paryskim domu.

Piaf chłonie dobrą energię z młodego greckiego rodzeństwa, sama dając z siebie, ile może. Uczy Christie śpiewu, dodaje pewności siebie, każe wierzyć w marzenia.  
 
W końcu spełnia się także marzenie Theo - zaczyna występować na scenie jako Theo Sarapo. Występują razem z Edith (po ślubie z Theo także Sarapo), a publiczność szaleje z zachwytu, gdy śpiewają o miłości. Są nierozłączni; w życiu i na scenie. To piękne, ale też trudne chwile. Edith jest chora, słaba, coraz częściej trafia do szpitala. Theo jest przy niej cały czas... Aż do śmierci. 

Tak ten związek zapamiętała Christie. Nawet jeśli go nieco wygładziła, wyidealizowała, to piękna wyszła z tego opowieść. Bardzo naturalna, bezpretensjonalna. Romans iście filmowy. Wszak całe życie Piaf było jak film.

Christie Laume "Ostatnia miłość Edith Piath", Marginesy, 2014 r.

niedziela, 14 grudnia 2014

Dobre książki pod choinkę 2014: Kurort Amnezja, Listy jak dotyk, Kwestja krwi

 
Kryminały, biografie, listy, dzienniki, albumy. Coś co lubię najbardziej i co sama chciałabym dostać pod choinkę. Dlatego polecam.
 

Gaja i Jacek Kuroniowie "Listy jak dotyk"

Historia pięknej miłości. W tle wielka polityka, wielka historia, a cała historia miłości niezwykłej pary Gaji i Jacka Kurowniów rozgrywa się w więzieniach; w więziennej konspiracji i korespondencji, przez długie lata. Tę książkę czyta się z wielkim wzruszeniem. Piękny, prawdziwy romans. Pisany listami, od początku tej miłości do jej końca. 

Anna Fryczkowska "Kurort Amnezja"

Fryczkowska w najlepszej formie. Bawi się formą, kombinuje, intryguje. A tak naprawdę chodzi o stare, dobrze nam znane emocje; zazdrość, miłość, nienawiść. W tle tajemnica. Zaczynasz czytać wieczorem, do rana nie zaśniesz.

Bernard Minier "Nie gaś światła"

Minier to mój ukochany autor kryminalnych powieści z pierwszej półki. Mistrz budowania napięcia. Mistrz kryminalnej pointy i pięknego stylu. Pisze długie, pokręcone książki,  które czyta się błyskawicznie. Nie trzeba lepszej rekomendacji.

Krzysztof Tomasik "Seksbomby PRL-u"

Chciałoby się więcej tych seks-bomb, ale książka wyszła z tego ładna. Tyszkiewicz, Jędrusik, Brylska, Figura. Fajnie się czyta, bo to kawał historii. Nie tylko kina, ale też PRL-u.  

Maja Sontag "Majubaju czyli żyrafy wychodzą z szafy"

Zachwyciła mnie ta książka, bo jest w niej wielka energia. Autorka rusza w świat i ciągnie za sobą innych. Odważnie, brawurowo, ale też tak zwyczajnie, mrugając do nas okiem; to jest na wyciągnięcie ręki. Ta książka kusi i porywa. Naprawdę.

Marcin Wroński "Kwestja krwi"

Znakomity kryminał mojego ulubionego pisarza Marcina Wrońskiego, który do tej pory specjalizował się w lubelskich zbrodniach w klimacie retro, a tym razem zajrzał do Zamościa. I to zajrzał ze świetnym skutkiem dla powieści i dla Czytelników. Niesamowity klimat przedwojennego Zamościa plus miłość i zbrodnia. Czego chcieć więcej? 
 

Marek Hłasko "Listy"

"Dramatyczna historia życia jednego z największych polskich pisarzy opowiedziana w listach. To więcej niż świadectwo. To fascynująca opowieść o miłości, przyjaźni, pisaniu i walce o własne miejsce w literaturze i świecie." - czytamy na okładce książki. I rzeczywiście dostajemy to wszystko w listach Marka Hłaski. A nawet dużo więcej.

Violetta Ozimkowski "Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki"

Wyprzedzała swoje czasy pod każdym względem. Ale to właśnie cecha rewolucjonistów, którzy chcą i potrafią zmieniać świat. Wisłocka ten świat – siermiężnego, pełnego zahamowani i stereotypów seksu Polaków - zmieniła na dobre. Jak jej się to udało? O tym jest właśnie ta książka; barwna, zaskakująca, szokująca. Cała Wisłocka.

Przemysław Semczuk "Magiczne dwudziestolecie"

To książka magiczna; także w sensie dosłownym. Do czytania, do oglądania i do refleksji. Piękna i zadziwiająca.  Ukłon w stronę autora za ogrom dokumentacyjnej pracy - książka jest prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat czasów, ludzi, wydarzeń zamkniętych w kręgu wirujących stolików, wróżb, przepowiedni...

Zygmunt Miłoszewski "Gniew"

Nie wiem, czy o gniew w tej książce chodzi, czy bardziej o bezsilność w obliczu przemocy; każdej przemocy. Nie zmienia to faktu, że ważny temat społeczny Miłoszewski ubrał w świetny kryminał, w którym i porządny trup musi być, i nie można doczekać się zakończenia.

sobota, 13 grudnia 2014

Alison Atlee "Miłość pisana na maszynie"

Lekko zadziorny, z feministycznym zacięciem, a przy tak klasyczny jak to tylko możliwe. Prawdziwy romans. Do tego purytańska Anglia wchodząca w szalony XX wiek. Czego chcieć więcej?
 
Zaczyna się jak u Hitchcoca - od trzęsienia ziemi. Skromna, ale ambitna maszynistka Elisabeth Dobson marząca o karierze urzędniczki musi nagle pożegnać się z posadą. Pożegnać to zresztą bardzo delikatnie powiedziane, gdyż dziewczyna  w atmosferze skandalu wylatuje z pracy. Bez referencji, za to z ciągnącą się za nią opinią "łatwej", skłonnej do romansów, sprytnej panny, zdolnej do wszystkiego, by osiągnąć swój cel. Rzeczywistość wygląda zgoła inaczej. To Betsey jest ofiarą; przebiegłego, interesownego partnera, przez którego traci pracę i swoich przełożonych. W dodatku nie ma grosza przy duszy i nie może już liczyć na rodzinę. 
Dziewczyna stawia wszystko na jedną kartę. Bez biletu, za to z kanarkiem w klatce, wyrusza w podróż po lepszą przyszłość. A ta ma być daleko od Londynu, w nadmorskiej miejscowości Idensea. Tu Betsey miała obiecaną nową posadę. Ale wszystko się zmieniło; dziewczyna nie ma świadectwa pracy, referencji, a jej przyjazd do miasta odbywa się w atmosferze lekkiego skandalu.
A jednak się udaje. Skromna maszynistka zostaje menedżerką wyjazdów turystycznych. I trudno tu mówić o przypadku; od początku sprzyja jej John Jones, inżynier, który także pracuje dla kurortu. Tych dwoje łączy początkowo praca, a z czasem... coś znacznie więcej. Emocje narastają z każdą stroną i jest to swoista sinusoida. Po każdym zdarzeniu które zbliża do siebie Betsey i Johna, następuje coś, co zdaje się przekreślać uczucie, które rodzi się między nimi. Niekorzystne zbiegi okoliczności, byli partnerzy, ludzka zawiść... Ale to tylko podnosi temperaturę opowieści, która konsekwentnie zmierza w jednym kierunku. Tu musi być happy end! 
Ale w tym klasycznym romansie ważna jest tyleż miłość, co klimat społeczno-obyczajowy, w którym autorka osadziła swoją opowieść. A także jej bohaterka; charyzmatyczna, niepokorna, wyłamująca się ze schematu angielskiej damy XIX wieku. Taka kobieta jak Betsey; żyjąca pod prąd, walcząca o swoją pozycję w pracy i związku nie ma łatwego życia. I musi mieć godnego siebie partnera - a o takiego w tym czasie i miejscu naprawdę trudno.
W świecie pokazanym przez Alison Atlee rządzą schematy i uprzedzenia. Rządzą mężczyźni. Trzeba niezwykłej siły charakteru i osobowości, by będąc kobietą coś w tym świecie osiągnąć; samej, bez pomocy mężczyzn. W "Miłości pisanej na maszynie" ów feministyczny element wyraźnie jest podkreślony - z korzyścią dla fabuły, która przestaje być wyłącznie ładną historią miłośną, a staje się ciekawą opowieścią obyczajową. I dlatego polecam z pełnym przekonaniem.
 
Alison Atlee "Miłość pisana na maszynie", PWN, 2014 r.

niedziela, 7 grudnia 2014

Przemysław Semczuk "Magiczne dwudziestolecie"

To książka magiczna; także w sensie dosłownym. Do czytania, do oglądania i do refleksji. Piękna i zadziwiająca. 

Wszystko zaczęło się w Europie w IXX wieku od wirujących stolików. "Seanse spirytystyczne urządzano niemal wszędzie. W domach bogatych i biednych. W miastach i na wsi. Stoły, wprawiane w ruch jakąś magiczną siłą, podskakiwały, stukały nogami, kręciły się, a nawet unosiły w powietrzu." - pisze w "Magicznym dwudziestoleciu" Przemysław Semczuk.

Moda na stoliki, które zachwycały i przerażały, dotarła także na warszawskie salony, a potem do Krakowa. I na nic zdały się protesty kościelnych hierarchów. "Stolikowego szaleństwa nie dało się jednak zatrzymać. Po Krakowie przyszła pora na Lwów. I tu w towarzystwie rozpoczęto eksperymentowanie ze stolikami." - pisze Semczuk.

Księża nie szczędzili stolikom gromów, a te znajdowały coraz większe grono wiernych wyznawców. Do stolików zasiadali m.in. poeci: Zygmunt Krasiński i Adam Mickiewicz. Zaś środowisko naukowe podzieliło się na entuzjastów i zagorzałych krytyków zjawiska. Co tylko świadczy o tym, jak ważną odegrało ono rolę w tamtych czasach; było nie tylko chwilową modą, ale kulturowym i społecznym wyznacznikiem pewnej epoki.

Spirytyzm, okultyzm, parapsychologia, ezoteryzm to zjawiska, których rozkwit nastąpił właśnie w okresie II Rzeczpospolitej. Znudzenie, niezdrowa ciekawość, naiwność? Co pchało światłych, wykształconych ludzi do kontaktu z duchami i siłami nadprzyrodzonymi? Dość powiedzieć, że w seansach spirytystycznych brał udział Marszałek Józef Piłsudski  - duchy nawiedzały Marszałka nawet w Belwederze, a seanse spirytystyczne urządzano także na froncie. Regularnie odbywały się one także w najsłynniejszych polskich salonach lekarzy, prawników, wojskowych, naukowców, malarzy, pisarzy.

Rosła sława i wpływy mediów, jasnowidzów, badaczy zjawisk nadprzyrodzonych.  Tu pojawiają się nazwiska, którym autor książki poświęcił najwięcej miejsca; jasnowidza Stefana Ossowieckiego i profesora Juliana Ochorowicza. I słusznie, gdyż ich historie to swego rodzaju symbol tamtych czasów; magicznych, niezwykle klimatycznych, do dziś nie do końca zrozumiałych. "Magiczne dwudziestolecie" doskonale ten klimat oddaje. I  - tu ukłon w stronę autora za ogrom dokumentacyjnej pracy - jest prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat czasów, ludzi, wydarzeń zamkniętych w kręgu wirujących stolików, wróżb, przepowiedni... Magiczna, pięknie wydana książka.

Przemysław Semczuk "Magiczne dwudziestolecie", P.W.N., 2014 r.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Anna Fryczkowska: Kiedy piszę, mam władzę nad czytelniczką

Anna Fryczkowska, autorka „Kurortu Amnezja”, w rozmowie z Marcinem Wilkiem o półżywych bohaterkach, zabawie podczas pracy, Adamie i Ewie oraz o własnym pokoju.

Marcin Wilk: Zastanawiam się, jak właściwie doszło do napisania „Kurortu Amnezja”. Chodzi mi o pierwszy obraz – co tam było?

Anna Fryczkowska: Dziewczyna patrzy w lustro i nie poznaje swojej twarzy. Co gorsza: twarz, którą widzi, wcale jej się nie podoba. A jeszcze gorzej, że zaraz ma przyjechać do niej narzeczony, którego ona się boi. Może dlatego, że go prawie nie zna. Nie ma jednak nikogo bliższego. A może ma? Bo wszystko, co ta dziewczyna wie o świecie, o sobie samej, dociera do niej za pośrednictwem owego narzeczonego. Ale czy to prawda? Kim ona jest naprawdę? Nie ma pojęcia, bo pamięta tylko ostatnie dwa miesiące. Zapomniała, kim była, co robiła przed wypadkiem. Zapomniała nawet, co lubiła. Od tego właśnie zaczęła się ta książka.

A skąd pomysł na Brzegi? Próbowałem odszukać je w Googlach, ale znalazłem tylko Brzegi niedaleko Krakowa. Czy te Brzegi z książki istnieją w rzeczywistości?

Brzegi to miejsce pomiędzy Rowami, Łebą, Dębkami i paroma jeszcze innymi kurortami nadmorskimi, które w lutym pozostają w stanie półżycia. Nawet Sopot nabiera wtedy szarawej cery zombie. Półżywe miasteczko, a w nim półżywe bohaterki. Jedna półżywa, bo właśnie owdowiała. Druga – bo umarła cała jej pamięć.

Podczas czytania balansowałem pomiędzy dobrą zabawą (tropienie użytych konwencji) a przerażeniem związanym z tajemnicą.

O, tak, z radością bawiłam się w „Kurorcie Amnezja” miksowaniem różnych popkulturowych tropów. Bo sama amnezja to przecież ulubiony chwyt z telenoweli. Małe miasteczko, do którego przyjeżdża osoba owładnięta myślą o zemście – western. Odludne wydmy, uroczysko, sąsiedztwo pełne dziwnych lokatorów – powieść gotycka. Tanatos i Eros – konik Freuda, który lubił przeciwstawiać destrukcję popędowi życia. W tym duchu chciałam więc zrównoważyć dużą liczbę realistycznie opisanych zwłok jakąś dosadną sceną erotyczną. Co ciekawe, cielesność seksu okazała się dla wielu czytelników bardziej bulwersująca niż cielesność śmierci.

 
Często ciekawiło mnie, czy Autorka wiedziała od początku, jak ta historia się potoczy. A może to jest tak, że różne tropy uwodzą podczas pisania i bohaterki uciekają, idąc w niespodziewaną stronę?

Jako dziecko nie umiałam uwierzyć, że naprawdę będę miała tylko jedno życie. Na szczęście trochę przed tym uciekłam – mam tyle żyć, ile sobie wymyślę w książkach. Z pasją więc rzucam bohaterkom kłody pod nogi, podsuwam im lub zabieram ludzi, dodaję im bolesnych wspomnień, mnożę traumy, odbieram pamięć, pokrzepiam obecnością zwierzaka – i patrzę, jak sobie poradzą. Czasem się zastanawiam, czy Bóg (Bogini?) – tam, na górze – nie zabawia się z nami w podobny sposób.

Tu muszę nieco doprecyzować poprzednie pytanie o bohaterów. Autorka drąży nurtującą wielu kwestię zła i przemocy. Zwłaszcza w wykonaniu kobiecym. Kusi, by spytać, jak kulturowa płeć determinuje społeczną stronę tego fascynującego zjawiska, jakim jest „przemoc” czy „zemsta”? 

Przemoc – jak wszystko, co zwyczajowo przypisuje się mężczyznom – staje się ostatnio również domeną kobiet. A świat szczęśliwie nie jest dwubiegunowy: ani czarno-biały, ani kobieco-męski, tylko składa się z różnych odcieni szarości. Zajmuję się analizowaniem tych odcieni. Kobieta od wieków była w literaturze – mam tu na myśli głównie literaturę popularną zdobyczą, pokusą, nagrodą, łupem, ofiarą. Mężczyzna zdobywał, bronił, karał. A ja lubię zamieniać te role. Czasy się zmieniają, ale powoli; natomiast we wszechświecie, który tworzę, sama panuję nad tempem zmian.
 
A w ogóle – to pytanie z serii pytań warsztatowych – czy Fryczkowska–autorka nawiązuje relacje ze swoimi bohaterami/bohaterkami? Dyskutuje z nimi podczas pisania, dyscyplinuje je, czy są one po prostu wykonawczyniami pewnych z góry narzuconych założeń?

Zawsze wiem, skąd, dokąd i którędy idę z fabułą. Wiadomo jednak, że na kurczowym trzymaniu się zasad przejechało się już wiele osób – nie tylko w literaturze, ale i w życiu. Zdarza się, że bohaterka ma lepszy pomysł na siebie, niż planowałam. Jestem również scenarzystką, bawi mnie więc umieszczanie w tekście tak zwanych suspensów – zawieszeń, które zmuszają do dalszego czytania. Kiedy piszę, mam władzę nad czytelniczką: Nie, jeszcze nie odłożysz książki. Jeszcze nie. Zarwiesz tę noc.

Interesują mnie relacje między bohaterkami a bohaterami. Oraz pojęcie władzy. Czy kreśląc perypetie swoich bohaterek, dużo myślałaś w tych właśnie kategoriach – genderowo, społecznie i kulturowo naznaczonych? 

Wszyscy tak myślimy. Społeczeństwo wyraźnie daje do zrozumienia, czego wymaga od kobiety, czego od mężczyzny, czego od dziecka, a czego od starca, czego od prezesa wielkiej korporacji, a czego od policjanta (od policjantki tego samego, co od policjanta, tylko powinna jeszcze ładnie wyglądać, najlepiej w butach na słupku). Zastanawianie się nad rolami, w które zostaliśmy wtłoczeni, to ciekawa rozrywka. Czy musimy iść drogą, którą nam wyznaczono? A jeśli można inaczej? Czy inaczej oznacza lepiej? Zawsze jednak warto zmienić koleiny, w które nas wtłoczono. Przynajmniej w myśleniu.

Czy autorka thrillerów psychologicznych w ogóle czyta thrillery psychologiczne? A może inspiruje się też filmami? 

Przez pierwszą książeczkę (taką chudziutką, z serii „Poczytaj mi, mamo”) przebrnęłam samodzielnie w wieku czterech lat, a potem już poszło z górki. Czytam dużo, nie ograniczam gatunków, bywa i poezja, bywa kryminał, bywa literatura wyższa, popularnonaukowa; ostatnio grasuję w klimatach neowiktoriańskich („Czerwony płatek” i „biały” Fabera; Sarah Waters). A jeśli chodzi o thrillery psychologiczne podbarwione kryminałem, to na szczycie mojej listy rezydują ostatnio Kate Atkinson, Karin Fossum, Denise Mina. Z Polek – Joanna Jodełka, mistrzyni pokrętnej psychologii, i Gaja Grzegorzewska, świetna w zabawie motywami z popkultury. Ale że popkultura to zbieranina splątana w jednym wielkim grupenseksie, większy chyba jeszcze wpływ mają na mnie serialowe opowieści. „Breaking Bad”, „Detektyw”, „Fargo”, „Luther”, „Tajemnice Lake Top”. Tak chciałabym opowiadać – nieoczywiście, ale dobitnie…

Z książki nie wynika jednoznacznie, że pamięć to coś OK. Zastanawiam się, czy nie przeceniamy jej roli – przecież ona jest tyleż zbawienna, co blokuje czasem swobodę ruchów w życiu. Jaki właściwie masz pogląd w tej sprawie? 

Pogląd w tej sprawie opisałam na czterystu stronach „Kurortu Amnezja”. Ale jeśli miałabym się skracać: to, co boli, jednocześnie nas formuje. Cierpienie jest ceną świadomości. Ta myśl początkami sięga do opowieści o Adamie i Ewie. Lepiej wiedzieć więcej, pamiętać więcej, czy może mniej, ale siedzieć w raju? Ewa z Adamem wybrali za nas. To dar czy ciężar? 
 
To dobry moment, by wrócić do pytań genderowych. Jak oceniasz sytuację kobiety (bohaterek) na rynku współczesnej powieści obyczajowo-kryminalnej?

Rynek czytelniczy to przede wszystkim kobiety, pisarze to w większości pisarki. Natomiast krytycy oraz autorzy nagradzanych powieści to przede wszystkim mężczyźni. Czy kobiety piszą gorzej? Nie. Kobiety piszą więcej, więc jest z czego wybierać. Natomiast są mniej doceniane. Czy kobiety piszą inaczej niż mężczyźni? Czy to, że krytycy–mężczyźni rzadko recenzują powieści pisane przez kobiety, jest kwestią zastosowanej przez autorki poetyki, problematyki czy też żeńskim brzmieniem nazwiska na okładce? I dlaczego niektórym paniom się wydaje, że gdy napiszą na okładce „mocna, męska proza”, to jest to komplement? Na ile „mocna, kobieca proza” brzmi gorzej? Nie mam odpowiedzi na te pytania, ale pytania też są twórcze. 

Czy Fryczkowska–autorka jest kobietą właściwie docenianą? Ma „własny pokój” do pisania, spokój gwarantowany przez otoczenie? Może się zajmować teraz tylko tym, co lubi i kocha? (O ile lubi i kocha). 

Jakiś czas temu najemcy opuścili naszą kawalerkę. Zrujnowali ją totalnie, więc – już po remoncie – czekam z wynajmem, aż wróci zaufanie. Na razie co rano chodzę tam z laptopem. Cztery gołe białe ściany. Stół na kółkach. Krzesło. Ekspres do kawy. Sprzęt muzyczny i parę płyt. Natomiast nie ma internetu. Nie ma pokus. Nic nie ma. Poza poczuciem tymczasowości, które czyni czas tam spędzany tym cenniejszym. Jako zwierzę terytorialne, okupuję również nasz domowy gabineto-salon, z kilkoma tysiącami książek na półkach, z dwoma kotami na kanapie, psem pod biurkiem, kultowym fotelem RM58, o którym marzyłam od czasu, gdy zobaczyłam go na wystawie Rzeczy Pospolite w Muzeum Narodowym w Warszawie, z obrazami mojego męża i mojej córki, z biurkiem wielkości lotniska w Modlinie, na którym piętrzą się stosy prasy, książek, płyt DVD. Tak, mam tam spokój. Ale najlepsze pomysły rodzą się wtedy, gdy spokój zostaje zakłócony. Syci i szczęśliwi nie mają o czym pisać.
Rozmawiał Marcin Wilk
Fot. Monika Motor
Źródło: materiały prasowe Prószyński i S-ka

czwartek, 13 listopada 2014

"Wierność. Wspomnienia o Zbigniewie Herbercie", opracowanie Anna Romaniuk

„To było prawdziwe piekło, z którego wydobywał się w sposób bohaterski, ale z coraz większym trudem. I coraz rzadziej mógł tworzyć, bo pisanie nie było możliwe ani w depresji, ani w stanach podwyższonego nastroju."
W tej książce najważniejsza jest całość – jak zaznacza na wstępie Anna Romaniuk – a tę tworzą odrębne, zupełnie autonomiczne historie-wspomnienia – rodziny, przyjaciół, poetów, bliższych i dalszych znajomych wyjątkowego człowieka i poety. Część z nich została zebrana na potrzeby tej książki, większość pochodzi z wcześniej opublikowanych materiałów. Z nich wyłania się postać Zbigniewa Herberta – człowieka i artysty tak pełnego sprzeczności, niedoskonałości i doskonałości, jak to tylko jest możliwe.

O Herbercie opowiadają jego najbliżsi – siostra, żona, ukochana Halina. To najbardziej osobiste, intymne wspomnienia, w których jest miejsce i na gloryfikację, i na bezkompromisową ocenę.

Herbert nie był ideałem pod żadnym względem - to na pewno. Ale uwodził ludzi swoistym wdziękiem, nieśmiałością, wybitną przy tym inteligencją i swoistym dystansem do świata. Był przy tym - co ciekawe - egocentrykiem, bezwzględnie skupionym na sobie, wiernym wyłącznie sobie i swojej twórczości.

Kobiety miały do niego słabość - taki był bezradny, zagubiony, nieśmiały. Halina Misiołkowa zostawiła dla Herberta męża – ten zostawił ją rok później dla swojej przyszłej żony Katarzyny. Ale o Halinie nie zapomniał nigdy – podobnie jak ona o nim. Taki właśnie był: zniewalający, nie dający o sobie zapomnieć.

Sam został zniewolony ciężką chorobą, która zdeterminowała jego życie.
„To było prawdziwe piekło, z którego wydobywał się w sposób bohaterski, ale z coraz większym trudem. I coraz rzadziej mógł tworzyć, bo pisanie nie było możliwe ani w depresji, ani w stanach podwyższonego nastroju – wspomina Katarzyna Herbertowa.
Herbert – wybitny poeta, utalentowany wrażliwiec, dowcipny mężczyzna, wierny towarzysz wszelkich zabaw. Takim zapamiętali go przyjaciele-poeci; Julia Hartwig, Adam Zagajewski i wielu innych. Zapamiętali go wiernie, bo o kimś takim po prostu trudno zapomnieć.

„Wierność. Wspomnienia o Zbigniewie Herbercie”, opracowała Anna Romaniuk, PWN

piątek, 31 października 2014

Katarzyna Puzyńska "Więcej czerwieni"

Katarzyna Puzyńska zaintrygowała mnie debiutanckim "Motylkiem", a w "Więcej czerwieni" potwierdziła, że w kwestii dobrych kryminalnych historii ma coś do powiedzenia. O tej autorce i jej książkach jeszcze nie raz usłyszymy.

Akcja "Więcej czerwieni", podobnie jak "Motylka" rozgrywa się w Lipowie - niewielkiej wsi na Mazurach. Letnią, sielską atmosferę przerywają morderstwa dwóch młodych dziewczyn: Kózki i Śmieszki.

Oba morderstwa są wyjątkowo brutalne, wygląda na to, że to nieprzypadkowe zbrodnie. Śledztwo prowadzi młodszy aspirant Daniel Podgórski i komisarz Klementyna Kopp. Tej ostatniej autorka poświęca sporo miejsca i uwagi. Bazując na jej słabościach, czy wręcz dziwactwach, tworzy portret ciekawy, nietuzinkowy, buduje prawdziwą literacką osobowość. Jakby w opozycji mamy Podgórskiego - niby fajnego faceta, ale jakoś pogubionego w życiu.

Tych dwoje absolutnie różnych od siebie ludzi (a jednak coś tam ich łączy;)) musi rozwikłać trudną, kryminalną zagadkę. Trudną, bo uwikłaną w sieć lokalnych powiązań, interesów, intryg. Poznajemy drugie oblicze tego, na pozór, zwyczajnego świata. Śledztwo pokazuje, że ani sielskie Lipowo, ani ofiary zbrodni nie są takie, jak się nam na początku wydawało. Wchodzimy w kolejne, coraz bardziej mroczne klimaty - im bardziej prowincjonalne, tym bardziej niebezpieczne. I coraz bardziej oddalamy się od rozwikłania zagadki, która zatacza coraz szersze kręgi.

Dobrze zbudowana fabuła, mocni bohaterowie, którzy pociągną kolejne kryminały rodem z Lipowa, dystans, autoironia, logika. Tyle mogę powiedzieć o "Więcej czerwieni" Katarzyny Puzyńskiej - autorce, która wie co, dla kogo i dlaczego pisze. Zaskoczy nas jeszcze nie raz, tego jestem pewna.

Katarzyna Puzyńska "Więcej czerwieni", Prószyński i S-ka, 2014 r.

sobota, 25 października 2014

Zygmunt Miłoszewski "Gniew"

Nie wiem, czy o gniew w tej książce chodzi, czy bardziej o bezsilność w obliczu przemocy; każdej przemocy. Nie zmienia to faktu, że ważny temat społeczny Miłoszewski ubrał w świetny kryminał, w którym i porządny trup musi być, i nie można doczekać się zakończenia.

Po Sandomierzu (odsyłam do znakomitego "Ziarna prawdy") przyszła pora na Olsztyn. Zimny, jesienny, ponury. Nudny i prowincjonalny. W takich oto okolicznościach przyrody prokurator Teodor Szacki układa sobie życie zawodowe (prokuratura mieści się naprzeciwko jego domu) i prywatne - z nową partnerką i nastoletnią córką z pierwszego związku. Jakoś to wszystko miałkie, nieciekawe, przewidywalne... Do czasu. Z jesiennej apatii Szackiego wyrywa nietypowe śledztwo. Oto w starym poniemieckim bunkrze odnaleziono szkielet, który - jak się szybko okazuje - wcale nie pochodzi z czasów wojny, ale.... zaledwie sprzed kilku dni. A w dodatku jest sprytnie zestawiony z kości różnego pochodzenia.

Prokurator Szacki czuje, że w końcu dostał sprawę na swoją miarę. I angażuje się w nią na sto procent. Lekceważąc przy tym zgłoszenia "mniejszego kalibru", co zresztą srodze się na nim zemści. Tymczasem to, co miało być trudnym, ale ciekawym śledztwem szybko nabiera bardzo osobistego wymiaru. Szacki staje do nierównej walki - przede wszystkim z czasem, który decyduje o życiu lub śmierci. A czytelnik aż przebiera nogami, żeby ten wyścig wreszcie się skończył. Choć zakończenie - muszę was zmartwić - nie przyniesie oczekiwanej ulgi. Raczej gniew, że nie tak to miało być...

W Olsztynie na pisarza chyba nikt się nie pogniewa - niestety, ze stratą dla jego książki. Nikt też nie wyruszy tropem prokuratora Szackiego, tak jak to się dzieje w Sandomierzu (czekam na premierę filmu!), bo Olsztyn w "Gniewie" jest szary, smutny i nie zachęca do niczego, a już na pewno nie do tego, by go bliżej poznać. W końcu dzieją się tu za zamkniętymi drzwiami rzeczy, o których nikt nie chce wiedzieć, nikt nie chce słyszeć... O których robi się głośno dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii. Albo nigdy. Za to jednak, że Miłoszewskiemu chciało się w tym niewygodnym temacie przemocy szeroko rozumianej zanurzyć - z korzyścią zresztą dla całej fabuły - wielki szacunek.

Zygmunt Miłoszewski "Gniew", W.A.B., 2014 r.

czwartek, 23 października 2014

Barbara Kosmowska "Gorzko"

"Gorzko" jest gorzkie. Dobitne, przejmujące do szpiku kości. Bezlitosne w swoim rozrachunku z życiem. Ta książka nie uznaje kompromisów; tak jak bezkompromisowe jest życie jej bohaterek. W każdej z nich można odnaleźć siebie - choć to nie jest miłe.

Teresa Koper jest ambitna, odważna, "nigdy nie ogląda się za siebie". Jej przepustką do marzeń mają być studia w wielkim mieście. Nowe życie, z daleka od tego wszystkiego, co ją przytłacza, dusi, tłamsi; z daleka od rodziny i przeszłości.

Razem z Teresą na szczęście w wielkim mieście liczą Lidka i Lucyna. To trochę takie współczesne "Dziewczęta z Nowolipek" (to pierwsze skojarzenie wciąż mnie nie opuszcza) . Pełne naiwnych nadziei, poszukujące miłości za wszelką cenę, będące  łatwym łupem w swojej prostolinijności obleczonej skorupą twardości i hardości. W zderzeniu z tzw. prawdziwym życiem - bezradne, poturbowane, z otwartymi ranami.

Ta historia nie ma happy endu. Nie ma nagłych zwrotów akcji, które nagle odmieniają los bohaterek. Jest po prostu życie. Zwykłe życie; pokręcone, niejednoznaczne, trudne. Chwilami banalnie i boleśnie przewidywalne. Dlatego ta opowieść jest gorzka - bo tak bardzo prawdziwa.

Barbara Kosmowska pisze nie tylko pięknym językiem, ale przede wszystkim pisze mądrze. Pisze o kobietach, dla kobiet, ale - co istotne - nie idzie na kompromisy i wyrywa kobiety z ich strefy komfortu. Konfrontuje z życiem; z rodziną, przeszłością, marzeniami, złudzeniami.

Po świetnej i także gorzkiej "Ukraince" ta książka potwierdza, że Kosmowska ma styl, literacką klasę i - wbrew wszelkim modom - idzie swoją drogą. Dobrą drogą.

Barbara Kosmowska "Gorzko", W.A.B., 2014 r.

wtorek, 23 września 2014

Małgorzata Warda "Miasto z lodu"

To że Małgorzata Warda pisze prosto, pięknie i dobitnie - wiem nie od dziś. To że potrafi zabrać czytelnika w swój świat; opresyjny, niejednoznaczny - też nie jest dla mnie tajemnicą. Ale znowu dałam się wciągnąć w tę grę emocji, która prowadzi w niezbadane i niebezpieczne rejony. I nigdy nie wiadomo, jak się to wszystko skończy.

"Miasto z lodu" to opowieść o matce i córce. Matka (Teresa) jest piękna, nieobliczalna, szalona. Córka (Agata) jest rozsądna, nad wiek dojrzała, zamknięta w sobie. Obie wyruszają w podróż, która ma być bramą do ich nowego życia. To nowe życie nie załatwia żadnych problemów z przeszłości, natomiast mnoży nowe. Na wierzch wychodzi prawda stara jak świat - nie uciekniemy od swoich traum, niedoskonałości, wreszcie - od siebie samych.

Teresa jest chora - ciężko chora. I tu Warda nieoczekiwanie, ale też mocno dotyka tematu chorób psychicznych - tematu, który w Polsce wciąż jest tabu.  to mimochodem, ale jednak na tyle dobitnie, by to zapamiętać. I docenić; dziękuję i doceniam.

A teraz o samej fabule. Teresa bierze leki, albo ich nie bierze... Jeśli ich nie bierze, świat jej i jej córki Agaty wywraca się do góry nogami. Tak obie wędrują przez życie; piękne, inteligentne, ambitne, pokiereszowane przez świat... Szalona to podróż, nieprzewidywalna, chwilami niebezpieczna. W końcu trafiają do małego górskiego miasteczka, które ma dać im spokój, wytchnienie, a daje coś zupełnie innego. Cierpienie, niepokój, w końcu doprowadza do tragedii.

Autorka szuka odpowiedzialnych za dramat w najbliższym otoczeniu bohaterek. Ale "Miasto z lodu" to nie jest opowieść o złych, głupich ludziach z prowincji, którzy nie akceptują tego, czego nie rozumieją. To opowieść o nas; bezpiecznych w swoim wyobrażeniu świata, wygodnych w jego widzeniu. To trochę niewygodna książka, bo jakoś nas uwiera, coś tam porusza, nie daje zasnąć. Burzy nasz spokój, każe pomyśleć.

Przeczytajcie, bo warto. Bo nie zapomnicie o niej szybko. Dobra, polska proza.

Małgorzata Warda "Miasto z lodu", Prószyński S-ka, 2014 r.

czwartek, 31 lipca 2014

Dobre książki na wakacje - "Toskania dla początkujących", "Do zobaczenia w Barcelonie", "Rzymskie zauroczenie"

Toskania, Barcelona, Rzym, Grecja... Wszystko w lekkim, romansowym nastroju, czyli coś co podczas wakacji sprawdza się najlepiej. Plus piękne krajobrazy, pyszna kuchnia i pełny luz. Książki wyłącznie na wakacje, a najlepiej zabrać je ze sobą na urlop. Tak zawsze robię - biorę ze sobą książkę o tym miejscu, w które akurat jadę.

"Na szczęście jesteś w Toskanii" Jennifer Criswell

Jennifer zamienia zabiegany Nowy Jork na spokojne toskańskie Montepulciano. To tu chce odnaleźć szczęście. I choć nie jest łatwo żyć w obcym kraju, to wie, że wszystko co dobre, jeszcze przed nią. Zabawna i wzruszająca opowieść o podążaniu za marzeniami.
 
"Do zobaczenia w Barcelonie" Anna B. Kann      
 
Na kursie flamenco Ewa poznaje przystojnego Hiszpana Paco. Jest tak szczęśliwa, że zapomina nawet o romansie męża. Jednak na drodze do miłości staje przyjaciółka Ewy - Marta. Losy bohaterów splatają się w pięknej Barcelonie. Dla każdego wakacje te są czasem rozmyślań, co tak naprawdę daje im szczęście...




"Pod błękitnym greckim niebem" Jennifer Barclay
Po niezbyt udanym związku, Jennifer wyjeżdża do słonecznej Grecji. Tańczy zorbę, podróżuje, zdobywa przyjaciół... Wraz z bohaterką poczujesz śródziemnomorską atmosferę, ciepły wiatr, szum morza i zapach tamtejszej kuchni.




"Rzymskie zauroczenie. Niecodzienne zapiski blondyna, który chciał poczuć się w Rzymie jak w domu" Martin Zoller
Spełnia się sen Martina o pięknej Italii: życiu w Rzymie, słonecznych dniach, najlepszym cappuccino... Choć mówi płynnie po włosku i żyje jak miejscowi, zawsze traktowany jest jak turysta. Poznajcie perypetie blondyna wśród brunetów, ukochaną Elisę i jej wielką włoską rodzinę.


"Toskania dla początkujących" Imogen Edwards-Jones

Belinda ma dość swojego dotychczasowego życia. Postanawia wyjechać do Toskanii. Otwiera mały, uroczy hotel wśród słoneczników i gai oliwnych. Konkurencja jednak czai się za rogiem. Ale od czego ma się włoskich przyjaciół! Książka pełna zabawnych historii. Dzięki niej zasmakujecie również w toskańskiej kuchni!
 
 
 
*opisy książek od wydawcy

"Na szczęście jesteś w Toskanii" Jennifer Criswell, "Do zobaczenia w Barcelonie" Anna B. Kann, "Pod błękitnym greckim niebem" Jennifer Barclay, "Rzymskie zauroczenie" Martin Zoller, "Toskania dla początkujących" Imogen Edwards-Jones, Wydawnictwo Pascal, 2014 r.

poniedziałek, 26 maja 2014

Anna Fryczkowska "Z grubsza Wenus"

"Z grubsza Wenus" to popis świetnej znajomości kobiecej psychiki i rodzaj gorzkiej refleksji na temat dzisiejszych czasów. Książka do śmiechu i do łez - jak kto woli, albo w jakiej akurat jest życiowej sytuacji. Niby-lekka literatura, ale wcale nie lekkiego kalibru.

Anna Fryczkowska ma styl, wyobraźnię, życiowe doświadczenie i po prostu potrafi pisać. To dzisiaj, moim zdaniem, jedna z najzdolniejszych polskich pisarek. Po świetnych opowiadaniach wydanych w niszowym wydawnictwie i brawurowym kryminale "Starsza pani wnika" czekałam na jej kolejną książkę. I doczekałam się.

"Z grubsza Wenus" zaskakuje, bo okazuje się, że Fryczkowska przerabia,  czy poprawia swoją pierwszą książkę "Straszne historie o otyłości i pożądaniu". Ale robi to znakomicie, w świetnym stylu. Grubsza i mądrzejsza książka - pisze autorka. Coś w tym jest.

Na odchudzających wczasach, spotykają się Baśka i Janina. Obie pragną schudnąć, by coś w życiu uzyskać/odroczyć/wywalczyć. By sobie same ze sobą poradzić, by poradzić sobie z życiem. Baśka jest chuda i chce być jeszcze chudsza. Janina jest gruba i niekoniecznie chce być chudsza... choć wie, że powinna. Baśka ma ewidentnie problem z własną samooceną, pragnie podobać się mężowi. Janina nie do końca wie, czego chce i dlaczego, ale w cieniu jest także mąż, no i dodatkowo ważna praca.

Dwa różne charaktery, odmienne życiowe doświadczenia. A jednak ostateczna motywacja jest ta sama: zmienić się (dla kogoś), zmienić swoje życie. A życie płata figle. Wcale nie prowadzi jedną, prostą drogą. I taką pokrętną ścieżką prowadzi nas autorka. Pokazuje, jak łatwo wpaść w pułapkę własnych wyobrażeń, lęków, uprzedzeń. Jak wpaść we własne sidła, które są wyłącznie projekcją własnych lęków.

Anna Fryczkowska jest mistrzynią dowcipu, suspensu, a o kobietach wie więcej niż tabun mężczyzn. Dlatego ta książka (choć może nie dobra jak "Starsza pani wnika") spodoba się czytelniczkom - tego jestem pewna. Życiowa, autoironiczna, dobrze napisana.

Jakoś mam wrażenie, że najlepsza książka Fryczkowskiej wciąż przed nią. Bo sprzyja talent, wrażliwość, doświadczenie... Nie mam wielkich wymagań. Nazwisko Anna Fryczkowska będzie już dla mnie wystarczającą marką.  Przeczytam i kryminał, i romans. Wiem, że nie usnę z nudów, wiem, że to będzie dobra polska, literatura.

Anna Fryczkowska "Z grubsza Wenus", Prószyński i S-ka

piątek, 21 marca 2014

PM Nowak "Na pokuszenie"

PM Nowak jest mistrzem w konstruowaniu kryminalnych łamigłówek. Udowodnił to w swojej debiutanckiej powieści „Ani żadnej rzeczy", a potwierdził w najnowszej książce „Na pokuszenie". Polecam, bo to świetna polska proza.
 
Dwie główne role autor oddał, tradycyjnie już, komisarzowi Jackowi Zakrzeńskiemu i prokuratorowi Kacprowi Wilkowi. Ten pierwszy to typ raczej zblazowany oraz gruboskórny - i to właśnie on będzie wodzony na tytułowe pokuszenie. Natomiast Wilk to postać tyleż ekscentryczna, co zdecydowanie niedzisiejsza – i osobiście żałuję, że tym razem Nowak nie dał się jej wykazać.
 
Obaj panowie mają do rozwikłania ciekawą i zarazem nietypową zagadkę. Podczas posiedzenia zarządu dużej spółki deweloperskiej zostaje otruty dyrektor finansowy. Nie ma wątpliwości, że sprawcą może być wyłącznie jedna z osób, która brała udział w tym posiedzeniu. Ale odpowiedź na pytanie kto zabił, okazuje się dużo trudniejsza, niż początkowo się wydawało. Tym bardziej, że wkrótce ginie kolejna osoba z zarządu spółki.
 
Zakrzeński rzuca się w wir śledztwa z wrodzoną sobie energią i pewnością siebie. Wilk zaś prowadzi skomplikowane procesy myślowe, które na pozór donikąd nie prowadzą i tylko – zdaniem Zakrzeńskiego – komplikują sprawę. Ale tylko kombinacja tych dwóch, tak różnych, osobowości i sposobów pracy, gwarantuje odkrycie zabójcy i przy okazji ciekawą lekturę. Doskonała intryga, bohaterowie z charakterem i najwyższej klasy język opowieści – to znaki firmowe tego kryminału. 
 
PM Nowak „Na pokuszenie", Czarna Owca, 2014 r.

czwartek, 27 lutego 2014

Jennifer Teege "Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił"

Ta książka - jak żadna inna - pokazuje przewrotność i perfidię losu. Kim, tak naprawdę, jestem? Kim byłabym, gdybym znała swoje korzenie, swoją rodzinę i jej mroczną tajemnicę? Takie pytania zadaje sobie autorka tej niezwykłej opowieści. Opowieści o historii, przeznaczeniu, roli przypadku w naszym życiu. I o konfrontacji z przeszłością i prawdą, która może być nie do udźwignięcia.

To historia godna najlepszego scenariusza filmowego. A napisało ją samo życie. Jennifer Teege, mając 38 lat, przypadkiem odkryła, że jest wnuczką Amona Götha, jednego z najbardziej okrutnych i bezwzględnych hitlerowskich zbrodniarzy. Göth, komendant obozu koncentracyjnego w Płaszowie, miał na sumieniu tysiące ofiar. W zadawaniu cierpienia i skazywaniu na śmierć, głównie żydowskich dzieci i kobiet, wydawał się odnajdować osobistą, sadystyczną przyjemność... A równocześnie był przykładnym ojcem i mężem.

Teege odkryła tę mroczną historię przypadkiem - już jako dorosła kobieta. Matką Jennifer była Monika Göth, córka nazisty, a jej ojcem Nigeryjczyk. Ciemnoskóra dziewczyna o wyraźnych afrykańskich rysach wychowywała się w rodzinie zastępczej, studiowała w Izraelu, tam zostawiła wielu przyjaciół. Przypadkowa wizyta w bibliotece w Hamburgu sprawiła, że życie Jennifer wywróciło się do góry nogami. Zerkając do jednej z książek zauważyła, że nosi to samo nazwisko, co córka hitlerowskiego zbrodniarza doskonale znanego z "Listy Schindlera". Kobieta, której życie układało się dotąd spokojnie, nagle musiała skonfrontować się z mroczną przeszłością, stawiającą pod znakiem zapytania jej tożsamość, wartości, korzenie. Wszystko, co było istotą jej dotychczasowego życia.

Jennifer odważnie stawia czoło temu wyzwaniu. Po latach spotyka się z matką i wraz  dziennikarką Nikolą Sellmair śledzi losy swojej rodziny. Jedzie do Polski, do Izraela, szuka prawdy o swoich korzeniach. Prawdy, która pomoże jej zrozumieć przeszłość. Ale to bardzo trudna konfrontacja, bolesna. Bo jak wytłumaczyć bestialstwo własnego dziadka, nieme przyzwolenie babki na jego zbrodniczą działalność? Jak zrozumieć i zaakceptować to, że było się porzuconym dzieckiem? Jak pogodzić swoje pochodzenie z doświadczeniem i obecnym życiem: wartościami, poglądami,  przyjaźniami? Są rzeczy nie do pogodzenia i nie do zaakceptowania. A jednak należy przynajmniej próbować zrozumieć. I o tym także jest ta książka; trudna, niejednoznaczna, bolesna. Napisało ją życie.  


Jennifer Teege, Nikola Sellmair "Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił", Prószyński i S-ka, 2014 r.

niedziela, 23 lutego 2014

Stephen Grosz "Życie wysłuchane"

W każdej z opowieści Stephena Grosza zawartych w tej książce odnalazłam kawałek bliskiego mi świata; ludzi, emocji, zdarzeń. Zasłuchałam się w "Życie wysłuchane", ale dzięki temu lepiej wsłuchałam się też w swoje własne życie. 

Stephen Grosz od dwudziestu pięć lat pracuje jako psychoanalityk. W swojej książki zawarł doświadczenia z pięćdziesięciu tysięcy godzin spędzonych na rozmowach z pacjentami.

Ale "Życie wysłuchane" to nie są pojedyncze przypadki terapeutyczne. To raczej opowieść o życiu w ogóle; o ludziach zwykłych i niezwykłych, schematach zachowań, powielanych wzorcach i łamanych zasadach. O tym, że każdy z nas jest inny, wyjątkowy, ale równocześnie wszyscy chodzimy tymi samymi ścieżkami: miłości, nienawiści, manipulacji, kłamstwa, samotności.

Grosz nie atakuje nas naukowymi teoriami i fachowym słownictwem. Opowiada po prostu o Lily, Adamie, Lucy Jennifer i wielu innych. Opowiada o sobie i o każdym z nas - dlatego, że nie sposób nie odnaleźć siebie w tych opowieściach. To głęboka, a zarazem niezwykle przystępna wiwisekcja, która w naturalny sposób pozwala wejrzeć w psychikę człowieka. Wszystko - dowodzi Grosz - zaczyna się od rozmowy i na niej kończy. Od słów, lub ich braku, gdyż często to, czego nie mówimy, jest najbardziej wymowne.

Znakomita książka, która do psychologii przekona najbardziej nieprzekonanych. Jej znakiem firmowym jest empatia, wrażliwość, dogłębność, ale też świetnie poprowadzona fabuła i bohaterowie; prawdziwi, naturalni, wyraziści.

Stephen Grosz "Życie wysłuchane", Czarna Owca, 2014 r.

piątek, 14 lutego 2014

Walentynkowo: "Seks i pieniądze", "Chemia miłości", "Najpiękniejsze wyznania miłości"

Trzy książkowe nowości, trzy różne oblicza miłości: ekonomiczne, naukowe, liryczne. Polecam zakochanym i tym wszystkim, którzy po prostu lubią czytać o miłości. Z tych książek sporo się o niej dowiecie.
 
 „Ponieważ Cię kocham. Najpiękniejsze wyznania miłości”
Pascal

To książka, w której odnajdziesz najpiękniejsze historie miłosne. Poznasz najgorętsze romanse znanych literatów, polityków i władców. Dużo romantyzmu, liryki, namiętności.

  
 Marina Adshade „Seks i pieniądze. Kalkulacja w miłości”
PWN

Fascynujące spojrzenie na kluczową rolę, jaką odgrywają zależności zachodzące pomiędzy miłością, popędem płciowym, władzą a siłami ekonomicznymi. Doktor Marina Adshade przekształca teorię ekonomiczną w seksowną naukę, demonstrując zastosowanie zasady podaży i popytu oraz innych sił rynkowych w sprawach miłości i libido. Pokazuje, że każdą możliwość, decyzję, wybór, jakiego dokonujemy w kwestii seksu i miłości, zrozumiemy lepiej, jeśli spojrzymy na nie przez pryzmat ekonomii.
 

Leil Lowndes „Chemia miłości”
Rebis

Dlaczego do niektórych osób natychmiast czujesz pociąg, a do innych nie? Jak sprawić, żeby więź przetrwała dłużej? Dowiesz się tego od Leil Lowndes, specjalistki w dziedzinie komunikacji, która, dzięki umiejętności przekazywania najnowszej wiedzy w lekki sposób, zbudowała karierę na uczeniu tajemnic udanych kontaktów międzyludzkich. Tym razem, korzystając z najnowszych odkryć naukowych, wyjaśnia czytelnikom, jak wywołać to ulotne wrażenie chemii w kontakcie z niemal każdym.

*notki ze stron wydawnictw

poniedziałek, 10 lutego 2014

Joerg Baberowski "Stalin. Terror absolutny"

To nie jest kolejna książka, która w popularny i tzw. przystępny sposób pokazuje mechanizm budowania systemu totalitarnego i władzy absolutnej. Przygotujcie się natomiast na kawał solidnej historii opartej na wielu źródłach, pochodzących m.in. z dzienników, donosów, wspomnień, notatek i wielu nieznanych dotąd i nigdzie nieopublikowanych materiałów.
 
Niemiecki historyk Joerg Baberowski w zwięzły i analityczny sposób pokazuje drogę Józefa Stalina do władzy. Osią fabuły jest tu historia Rosji; Wielka Wojna Ojczyźniana, rewolucja październikowa, wojna domowa, walka o wpływy w obozie bolszewików. Tło polityczne, społeczne, gospodarcze jest przy tym bardzo wyraźnie zarysowane, co znakomicie uwydatnia swoisty paradoks i fenomen „robotniczej” ideologii.
 
Co do postaci Stalina i jego polityki opartej na strachu oraz bezwzględnym posłuszeństwie, autor od początku stawia jasną tezę. Nazywa sowieckiego dyktatora psychopatą, a całą jego działalność sprowadza do jednego słowa – terror. To właściwie jedyne narzędzie władzy Stalina – źródło jego niewzruszalnej pozycji, ale też chorobliwej satysfakcji i poczucia wyjątkowości. Jego ofiarami są wszyscy; wyimaginowani wrogowie, oddani przyjaciele, polityczni poplecznicy i oponenci. Ofiarami są jednostki i państwo będące areną masowych zbrodni; przypadkowych, bezsensownych, służących jedynie zaspokojeniu ambicji psychopatycznej jednostki.  
 
Obraz destrukcji państwa będącej wynikiem stalinowskich zbrodniczych działań jest szokujący. Ale Baberowski nie pisze nic, czego byśmy dotąd nie wiedzieli. Siłą jego przekazu jest natomiast rodzaj historycznego dystansu, zimnej analizy, które w bezwzględny sposób pokazują, jak wielkie spustoszenie może uczynić jeden chory umysł.
 
Joerg Baberowski „Stalin. Terror absolutny”, Prószyński i S-ka, 2014 r.

środa, 5 lutego 2014

Zofia Tołstoj "Pamiętniki"

Znakomicie czyta się te pamiętniki, choć to lektura chwilami smutna i bardzo gorzka. Ale przede wszystkim to świadectwo bezwarunkowego uczucia i oddania żony żyjącej w cieniu słynnego, utalentowanego męża - Lwa Tołstoja. To także opowieść o miłości; tej pierwszej, romantycznej, trudnej, dojrzałej, zawiedzionej...  

Zofia pisze pięknie i szczerze. Pisze o codziennym życiu, o rodzinie, ale przede wszystkim pisze o uczuciach. Jest ich cała paleta. I właściwie wszystkie; te pozytywne, ale też negatywne skupione są wokół męża. Na drugim planie są dzieci, których systematycznie przybywa, a inni właściwie się nie liczą.

Zofia kocha Lwa miłością młodzieńczą, romantyczną, nieco naiwną. Podziwia go, uwielbia, ale równocześnie pragnie być uwielbiana i podziwiana. A z tą wzajemnością różnie bywa. W kolejnych wpisach w dzienniku pojawia się więc coraz więcej wymówek, niespełnionych oczekiwań, zawiedzionych nadziei. Jest zazdrość, tęsknota, strach przed odrzuceniem i porzuceniem. Są wyrzuty, pretensje, złość.

Wygląda na to, że małżonków różni wszystko; wiek (Lew był znacznie starszy od Zofii), życiowe doświadczenia, wartości, oczekiwania. Ona pragnie spokoju, rodzinnej stabilizacji, prostoty w każdej dziedzinie życia. On dąży do sławy, jest ciekawy świata i ludzi, nie boi się nowych doświadczeń, a rodzina niekoniecznie jest dla niego na pierwszym miejscu. Między małżonkami iskrzy; w tym związku mnóstwo emocji, również tych złych, destrukcyjnych, a jednocześnie trwają obok siebie przez lata. I wydaje się, że to Zofia trzyma ten związek i rodzinę w karbach. To ona wychowuje gromadkę dzieci (mieli ich trzynaścioro), to ona zarządza potężnym przedsiębiorstwem jakim było ich domowe gospodarstwo otwarte na rodzinę i gości.

W pamiętnikach Zofia nie raz daje upust swojemu zmęczeniu, rozgoryczeniu, frustracji. Ale to wciąż opowieść o miłości. Tej pierwszej, romantycznej, młodzieńczej i naiwnej. Ale też trudnej, dojrzałej, niespełnionej i zawiedzionej.

Zofia Tołstoj "Pamiętniki", PWN, 2014 r.

piątek, 24 stycznia 2014

Paweł Reszka, Michał Majewski "Zawód: szpieg. Rozmowy z Aleksandrem Makowskim"

Sukces tej książki to zasługa jej autorów i rozmówcy. Ci pierwsi to doświadczeni dziennikarze - Paweł Reszka i Michał Majewski. A ich rozmówcą i bohaterem książki jest Aleksander Makowski, jeden z najsłynniejszych oficerów polskiego wywiadu. 

O Aleksandrze Makowskim zrobiło się głośno dwa lata temu, gdy Czarna Owca wydała jego książkę "Tropiąc Bin Ladena". Po tej lekturze uznałam, że Makowski to najzdolniejszy pisarz wśród agentów polskiego wywiadu; błyskotliwy, inteligentny, świetnie budujący napięcie i przede wszystkim mający coś do powiedzenia.

Rozmowy, które z Aleksandrem Makowskim prowadzą dwaj dziennikarze są swoistym uzupełnieniem poprzedniej książki. I tu również znakiem jakości jest znakomita umiejętność snucia opowieści, które pokazują kawałek niedostępnego powszechnie świata. Makowski, z wrodzoną sobie swobodą, opowiada o kulisach werbowania i działania agentów oraz o tym,  jak wyglądała jego praca jako oficera PRL-owskiego wywiadu. Sporo jest o szkoleniach szpiegów w Kiejkutach, czy pracy tzw. "nielegałów". Tytułowy szpieg nie szczędzi nam przy tym "smaczków" związanych z pracą oficera wywiadu. Pisze o sposobach pozyskiwania informacji, ich weryfikacji, budowania zaufania. Jak również o wielkiej skrupulatności, pracowitości i wytrwałości, które są fundamentem dobrego szpiega. Jest też o sukcesach, porażkach, słabościach, niebezpieczeństwach.

Makowski nie ukrywa okresu swojej pracy przy rozpracowywaniu źródeł finansowania polskiej opozycji w latach 80. - co stało się powodem jego negatywnej weryfikacji w roku 1990 i zwolnienia ze służby. To zresztą początek kolejnej fascynującej historii związanej z późniejszą pracą u Rudolfa Skowrońskiego, szefa Inter Commerce. Obaj prowadzili w Afganistanie rozmowy w sprawie handlu bronią, szmaragdami i druku afgańskich pieniędzy w Polsce. W negocjacjach z Ahmadem Szahem Masudem, dowódcą Sojuszu Północnego, walczącego z reżimem talibów, z którym Makowski się zaprzyjaźnił, niewątpliwie pomagało jego doświadczenie ze służby wywiadowczej.

Makowski mówi dziennikarzom tyle, ile chce i tyle, ile może. Ale nie da się ukryć, że dla czytelnika niewtajemniczonego w kulisy pracy wywiadu to naprawdę bardzo dużo. Tzw. zwyczajne życie miesza się w tej książce z historiami rodem z najlepszych sensacyjnych filmów. I nawet jeśli to tylko niewielki fragment prawdziwego życia szpiega, to choćby dla tego fragmentu warto tę książkę przeczytać.

Paweł Reszka, Michał Majewski "Zawód: szpieg. Rozmowy z Aleksandrem Makowskim", Czarna Owca, 2014 r.

czwartek, 16 stycznia 2014

Katarzyna Klimasińska "Panna huragan. Dzienniki amerykańskie"

Zabawna, lekka i barwna opowieść o polskiej reporterce w samym sercu Teksasu. Sporo dowiemy się z niej o pracy dziennikarza, poznamy realia amerykańskiego życia i, jakby mimochodem, będziemy śledzić miłosne perypetie bohaterki.
 
Katarzyna Klimasińska zabiera nas w swojej książce w daleką podróż. I to zarówno w znaczeniu geograficznym, jak też kulturowym, czy poznawczym.  28-letnia Kaśka, dziennikarka biznesowa, zostawia Kraków na rzecz dalekiego Houston. W redakcji Bloomberga ma się zajmować gospodarką energetyczną. Wybuch platformy wiertniczej w Zatoce Meksykańskiej stawia przed nią nie lada zawodowe wyzwanie; relacja z miejsca katastrofy, rozmowy ze świadkami, ocena przyczyn, szacowanie strat.
 
Przy okazji poznaje niezwykłych ludzi; pełnych pasji, charyzmy, idei. Ale zawodowe wyzwania, sukcesy i przyjaźnie to nie wszystko, czym żyje młoda reporterka. Swój pobyt w Ameryce stara się wykorzystać jak najpełniej. Podróże po Stanach, poznawanie nowych miejsc, ludzi i zwyczajów – to wszystko wypełnia jej każdą wolną chwilą.
 
Kasia uczy się tańczyć tango, szaleje w zumbie, chodzi na spotkania poetów. Jest otwarta na nowe doświadczenia i zwyczajnie ciekawa świata. To oczywiście musi skończyć się miłością… O niej również przeczytacie w tej książce i to będzie jeden z tych wątków bardziej serio. A poza tym nastawcie się na lekturę lekką, dowcipną, bezpretensjonalną, ale oryginalną i naprawdę ciekawą.
 
Katarzyna Klimasińska "Panna huragan. Dzienniki amerykańskie", Videograf  II, 2013 r.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...